Niedokończone opowieści
Autor: J.R.R. Tolkien
Wydawnictwo: Amber 2013
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: wydanie kieszonkowe
O książce
„Niedokończone opowieści” to książka, którą najlepiej traktować nie jak „kolejny zbiór z Tolkienem”, lecz jak zwiedzanie zaplecza warsztatu mitotwórcy. Kto przychodzi tu po zwartą fabułę, dostanie raczej rozwinięte przypisy do „Silmarillionu” i „Władcy Pierścieni” – tyle że pisane prozą, z pełnym rozmachem stylu Tolkiena. Widać tu to, czego w wydaniach „kanonicznych” starannie nie pokazano: rozgałęzione warianty, zmiany koncepcji, miejsca, w których autor jeszcze się wahał. Tuor idący do Gondolinu, dzieje Númenoru, losy Galadrieli i Celeborna – zamiast „ostatecznej wersji” otrzymujemy raczej przekrój przez kolejne stadia ich istnienia.
Największą siłą tego tomu jest właśnie jego nieostateczność. Christopher Tolkien, w roli redaktora i kustosza, nie tyle „porządkuje” spuściznę ojca, ile próbuje ją uczynić czytelną, nie fałszując przy tym jej fragmentarycznego charakteru. Komentarze syna bywają miejscami suche jak dobre wydanie krytyczne Owidiusza, ale dla czytelnika oswojonego ze Śródziemiem są bezcenne: porządkują chronologię, pokazują, jak z jednego szkicu wyrastają późniejsze, „oficjalne” wersje, a czasem uczciwie przyznają, że tych fragmentów nie da się już dopasować bez przemocy wobec materiału. To lektura przypominająca śledzenie notatek marginesowych do znanej już symfonii – nagle słychać poboczne motywy, które w finalnej partyturze zostały przyciszone albo wycięte.
Dla kogoś, kto „Władcę Pierścieni” czyta, bo „fajna przygodówka”, ten tom będzie zapewne męczący – wymaga cierpliwości i znajomości mapy świata, inaczej łatwo zgubić się w gęstwinie nazw, rodowodów i rewizji. Dla miłośnika Śródziemia to natomiast jedna z kluczowych pozycji: nie tyle dodatek, co laboratorium, w którym widać, jak rodzi się mitologia literacka. Polski przekład Radosława Kota wpisuje się w linię przywykłą czytelnikom Amberu – funkcjonalny, dość spójny z przyjętą w Polsce tradycją nazewniczą, choć nie tak nabożnie filologiczny jak późniejsze edycje krytyczne. Jako kieszonkowe, nieco „użytkowe” wydanie, ta książka ma swój urok: to bardziej szkicownik mistrza niż złocony album – i właśnie dlatego bywa ciekawsza niż niejeden dopracowany do połysku tom fantasy.