Kraj, gdzie nigdy się nie umiera
Autor: Ornela Vorpsi
Wydawnictwo: Czarne, 2008
Okładka: miekka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Kraj, gdzie nigdy się nie umiera” jest jednym z tych krótkich tekstów, które udają, że są wspomnieniem z dzieciństwa, a w rzeczywistości są chirurgicznym cięciem wykonanym na całej kulturze. Vorpsi bierze Albanię Hodży – kraj z marginesu, peryferię peryferii – i pokazuje ją nie jako „egzotyczny komunizm w miniaturze”, lecz jako laboratorium traum: politycznej i intymnej. Narratorka dorasta, ale ten rozwój nie ma nic wspólnego z klasycznym roman à clef o dojrzewaniu. To raczej lekcja anatomii kobiecego ciała przeprowadzona w warunkach ideologicznego stanu wyjątkowego – z cenzurą nie tylko słowa, ale i spojrzenia, pragnienia, gestu.
Struktura opowieści jest fragmentaryczna, najeżona obrazami, które bardziej się pamięta, niż „śledzi”. Widać, że pisała to artystka wizualna: wiele scen działa jak pojedyncze fotografie – niby zwyczajne, a jednak wykrzywione, z onirycznym światłem. Vorpsi nie rekonstruuje mechaniki reżimu ani nie prowadzi czytelnika przez dzieje partii; zamiast tego podsuwa mu drobne upokorzenia, rodzinne mity, erotyczną ciekawość tłuczoną kijem moralności, a wszystko to filtrowane przez dziecięcą logikę, która bywa okrutniejsza niż oficjalna ideologia. Komunizm jest tu nie tyle tłem, ile glebą, z której wyrasta szczególny typ milczenia – milczenie kobiet, matek, córek, które wiedzą, że ciało to zarówno jedyne „ich”, jak i główny teren okupacji.
Na tle literatury posttotalitarnej Vorpsi nie interesuje się ani heroizmem, ani późniejszym pojednaniem z historią. Zdecydowanie bliżej jej do nieufnego, podszytego ironią tonu Herty Müller niż do sentymentalnych wspomnień „z tamtych lat”. Słynne hasła – ojczyzna, naród, rewolucja – w jej prozie są jak źle zawieszone dekoracje, za którymi słychać płacz w kuchni i krążące po mieście insynuacje na temat „łatwych dziewcząt”. Ten krótki debiut nie jest więc jedynie dokumentem o małym, dusznym kraju na Bałkanach, ale całkiem uniwersalnym rozpoznaniem: system polityczny można zmienić, granice można otworzyć, lecz to, co najtrwalsze – przemoc wdrukowana w język, w sposób mówienia o dziewczęcym ciele – wychodzi z człowiekiem za granicę, jak najwierniejszy paszport.