Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 3 dni
EAN: 8385109145
Wysyłka od: 15.00 PLN

Derridiana
Redakcja: Bogdan Banasiak 

Wydawnictwo: Inter Esse, 1994
Okładka: miekka 
Stan: dobry

Uwagi: brak

O książce

„Derridiana” to jeden z tych tomów, które wyglądają niepozornie jak „mała seria eseistyczna z lat 90.”, a po otwarciu okazują się kapsułą czasu z momentu, gdy polska humanistyka nagle zorientowała się, że Paryż od dawna mówi innym językiem. Mamy tu klasyczny układ lat dziewięćdziesiątych: kilka tekstów „źródłowych” (rozmowa z Derridą, studia Descombes’a, Gaudina, Norrisa), a obok nich pierwsze poważne próby oswojenia dekonstrukcji na gruncie polskim – z charakterystycznym wahaniem między fascynacją a nieufnością. To nie jest więc książka „o Derridzie” w sensie systematycznego wprowadzenia, raczej panorama reakcji: od filozoficznego bilansu tradycji (Miś, Gaudin), przez polemiki z etyką Levinasa (Pieniążek), aż po drobne figle terminologiczne w tekście Świerkockiego, gdzie Derrida staje się „postmodernistycznym pisma­kiem” – określenie tyleż prowokacyjne, co symptomatyczne dla epoki.

Na tle ówczesnych publikacji o „postmodernizmie” – często nerwowych i publicystycznych – „Derridiana” wyróżnia się tym, że większość autorów rzeczywiście czyta teksty, zamiast tylko powtarzać hasła. Norris spokojnie rozgrywa napięcie Derrida–Habermas, pokazując, że spór nie przebiega po linii „irracjonalizm kontra Oświecenie”, lecz dotyczy samej definicji rozumu i języka krytyki. Miś rekonstruuje genealogię antyhumanizmu bez histerii moralnej, z wyraźnym śladem lektury Foucaulta, Althussera i strukturalizmu. Gaudin widzi w Derridzie nie „niszczyciela filozofii”, lecz tego, który bardzo skrupulatnie szuka pęknięć w jej własnych marginesach – i to sformułowanie „eksplorator marginesów” jest zresztą jednym z trafniejszych portretów autora „Głosu i fenomenu”. W tekstach Banasiaka wyczuwa się ambicję: „dekonstrukcja – przemieszczenie metafizyki”, „ostatni system” – to próba potraktowania Derridy serio, jako myśliciela, który nie tyle rozmontowuje metafizykę, ile przestawia jej rusztowanie.

Z dzisiejszej perspektywy „Derridiana” funkcjonuje trochę jak dokument z fazy „pierwszego zetknięcia”. Widać w niej, jak polskie środowisko usiłuje nazwać coś, co wymyka się kategoriom wyuczonym jeszcze na kursach historii filozofii Hegla i Kanta. Są drobne potknięcia, miejscami nadmiar emfazy i dość typowa dla tamtego czasu potrzeba rozstrzygnięcia, czy dekonstrukcja to „rzetelna filozofia”, czy już tylko literaturoznawcza moda. Ale książka dobrze pokazuje, że Derrida nie wchodzi do polszczyzny jako efektowne hasło, tylko jako intelektualne wyzwanie: trzeba na nowo pomyśleć obecność, podmiot, tekst, granice humanizmu. Dlatego tom warto dziś czytać nie jako aktualny komentarz do Derridy, lecz jako świadectwo momentu, w którym polska filozofia próbowała zdjąć gorset podręcznikowej powagi i wsłuchać się w to, co dzieje się „na marginesach” – często nie do końca rozumiejąc, ale już wiedząc, że obojętność nie wchodzi w grę.