Mahomet, Bracke, Borgia
Autor: Klabund
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1970
Okładka: miekka z obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: otarcia obwoluty
O książce
„Mahomet, Bracke, Borgia” to książka napisana z rozmysłem wiecznego kuglarza: Klabund bierze trzy figury – Proroka, błazna i papieża – i układa z nich coś na kształt małego, prywatnego „zwierzyńca władzy”. Formalnie to trzy mikropowieści historyczne, w praktyce – trzy wariacje na temat tego, jak rodzi się autorytet i jakim językiem przemawia: objawienia, szyderstwa i nepotyzmu. Mahomet jest tu nie tyle bohaterem teologicznym, ile człowiekiem pochwyconym w pół drogi między mitem a dokumentem; Klabund z wyraźną przyjemnością korzysta z tradycji legendarnych, jakby mówił: każda biografia założyciela religii jest z natury literacka, więc nie ma powodu udawać kronikarza.
„Bracke” – najmniej dziś znany, a może najciekawszy z trójki – wykorzystuje figurę Dyla Sowizdrzała, przeniesionego w pejzaż Brandenburgii, żeby opowiedzieć o ludowym sprycie jako formie obrony przed światem możnych. To proza, w której średniowieczny żart funkcjonuje jak skalpel: błazen rozcina patos, obnaża mechanikę społecznych ról i pokazuje, że śmiech bywa narzędziem równie skutecznym jak miecz czy dogmat. Z kolei „Borgia” to niemal barokowy teatr okrucieństwa: papież Aleksander VI i jego ród ukazani są z upodobaniem do kontrastowego światłocienia – intrygi, rodzinne sojusze, religia jako spektakl i instrument nacisku. Klabund nie pisze w tonie moralizatora; raczej zatrzymuje spojrzenie na szczególe, na geście, na półuśmiechu, który więcej mówi o epokowej hipokryzji niż całe traktaty.
Polskie wydanie z 1970 roku, w przekładach Marii Kłos-Gwizdalskiej i Ireny Naganowskiej, ma dziś posmak edytorskiego artefaktu – to okres, w którym wydawca państwowy chętnie sięgał po literaturę historyczną, o ile dawała się czytać jako opowieść „o mechanizmach władzy” raczej niż wyznanie wiary. Te trzy mikropowieści układają się w dość złośliwy komentarz do dziejów Zachodu: od religijnego objawienia, przez ludową kpinę, po renesansowy cynizm kurii rzymskiej. Nie jest to lektura „naukowa” ani „źródłowa” – raczej erudycyjny pastisz historii, pisany językiem, który łączy liryczną skłonność Klabunda z jego zamiłowaniem do stylizacji i legendy. Dla czytelnika przyzwyczajonego do grubej cegły powieści historycznej te trzy krótkie formy mogą okazać się zaskakująco gęste: niewiele tu stron, ale sporo materiału do porównań między mitem, kpiną a politycznym teatrem Kościoła.