Sześćdziesiąt świec
Autor: Włodzimierz Tiendriakow
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1984
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Sześćdziesiąt świec” to z pozoru drobna, skromna objętościowo powieść, ale jej kaliber moralny jest znacznie większy niż sugeruje liczba stron. Tiendriakow bierze na warsztat figurę pozornie krystaliczną: nauczyciela świętującego sześćdziesiąte urodziny, człowieka o nieposzlakowanej opinii, miejscowego autorytetu. Ta uroczystość — z wieńcem konwencjonalnych przemówień i rytualnych pochwał — staje się dla autora wygodnym laboratorium. Pod cienką warstwą jubileuszowego lukru zaczyna wyłazić sedno: latami pielęgnowana aura prawości była nie tyle cnotą, co skuteczną strategią przetrwania w systemie, który wymagał posłuszeństwa, nie charakteru.
Tiendriakow jest pisarzem niewygodnym, bo nie daje czytelnikowi komfortu prostego potępienia. Nauczyciel nie jest karykaturą aparatczyka, lecz kimś o wiele trudniejszym do osądzenia: człowiekiem, który w imię „wychowania” i „odpowiedzialności” stopniowo nauczył się racjonalizować kolejne ustępstwa. Kształtowanie „wzorowego ucznia” – tego modelowego, podatnego na komendy obywatela – pokazane jest tu nie jako wyjątkowa perwersja systemu, ale jako codzienna praktyka wielu porządnych ludzi. To nie jest literatura o potworach w mundurach, lecz o zwykłych ludziach, którzy przyzwyczaili się do życia z lekkim skrętem kręgosłupa. W tym sensie „Sześćdziesiąt świec” plasuje się bliżej Sołżenicyna z jego obsesją na punkcie odpowiedzialności jednostki niż klasycznej prozy „demaskatorskiej”.
Wydanie w serii „Współczesna Proza Światowa” PIW-u jest swoją drogą znamiennym gestem: w roku 1984 polski czytelnik dostaje rosyjską miniaturę moralną, która pod szyldem krytyki radzieckiego konformizmu mimowolnie odbija też realia własnego systemu. Tiendriakow nie krzyczy, nie wali pięścią w stół; rozmontowuje postawę swojego bohatera przez drobne przesunięcia akcentów, przez pamięć sytuacji, w których „rozsądek” i „troska o innych” okazywały się wygodnym alibi dla tchórzostwa. Tytułowe świeczki zapalają się więc nie tyle na torcie, ile nad bilansem życia, w którym największą winą nie są spektakularne zdrady, lecz długotrwała, skrzętnie ukrywana zgoda na to, by moralność była dekoracją, a nie punktem odniesienia.