Biała Bogini
Autor: Robert Graves
Wydawnictwo: Aletheia, 2008
Okładka: miekka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Biała Bogini” to ten rzadki typ książki, przy której pytanie „czy to prawda?” okazuje się dużo mniej interesujące niż „co się stanie z moją wyobraźnią, jeśli ją przeczytam?”. Graves, oficjalnie poeta i amator‑uczony, a nie filolog z katedry, buduje tu monumentalny traktat o rzekomej pradawnej europejskiej bogini, patronce poezji, krwi, księżyca i sezonowych ofiar. Robi to z uporem kogoś, kto jest absolutnie przekonany, że odnalazł brakujące ogniwo między alfabetem, kalendarzem, pieśnią ludową i mitem. Konsekwencją jest książka przypominająca labirynt: w jednym akapicie jesteśmy w Irlandii, w następnym w mitologii greckiej, po chwili w walijskiej pieśni bardów, a zaraz potem w rekonstrukcji domniemanego „prawdziwego” sensu alfabetu drzewnego. Uczony filolog przy lekturze prycha, poeta najczęściej milknie z wrażenia.
Rdzeniem tej księgi — bo inaczej trudno to nazwać — jest natrętna, niemal maniakalna idea: że prawdziwa poezja jest z natury kultem Białej Bogini, bogini śmierci i odrodzenia, która dopuszcza do siebie poetę tylko na prawach ofiary. Graves, zamiast tworzyć teorię literatury, stawia coś w rodzaju heretyckiej teologii poetyckiej. Mitologie traktuje jak zniekształcone odłamki jednego dawnego kultu, a językoznawstwo jak łom, którym można je rozbić i złożyć na nowo po swojemu. To jest jego siła i słabość zarazem: z punktu widzenia współczesnej humanistyki większość rekonstrukcji Gravesa to fantastyczne konstrukcje, zbudowane z intuicji, skojarzeń i selektywnej erudycji. A jednak właśnie ta nieposkromiona, „nienaukowa” logika sprawiła, że książka stała się czymś w rodzaju tajemnego tekstu założycielskiego dla całych pokoleń poetów, neopogan i wszelkiej maści poszukiwaczy „utraconej matki” europejskiej wyobraźni.
Polskie wydanie w przekładzie Ireneusza Kani ma swój dodatkowy urok: tłumacz, jeden z nielicznych u nas, którzy potrafią się z Gravesem mierzyć na poziomie erudycji, przenosi nie tylko sens, ale i ton — mieszaninę uporu, obsesji i swoistej elegancji starego angielskiego ekscentryka. „Biała Bogini” nie jest książką, którą „się czyta”, tylko taką, w którą się zapada: wymaga uważności, cierpliwości i gotowości, by pogodzić się z tym, że autor miesza hipotezę z objawieniem, a przypis z zaklęciem. Jako praca naukowa jest zawodna, jako mit o micie – fascynująca. To lektura dla tych, którzy w literaturze szukają nie pewności, lecz pierwotnego dreszczu: poczucia, że słowa są starsze od nas i że ktoś — dawno temu — złożył je w ofierze jakiejś bardzo wymagającej bogini.