Martin Dressler
Autor: Steven Millhauser
Wydawnictwo: Rebis, 1999
Okładka: miekka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Martin Dressler” to jedna z tych powieści, które z pozoru opowiadają historię awansu społecznego, a w istocie są medytacją o ułudzie marzenia. Millhauser bierze XIX‑wieczny Nowy Jork – rozbłyskujący elektrycznością, wypełniony kurzem budów, reklamami i hotelowymi lobby – i traktuje go jak wielką scenę iluzjonisty. Tytułowy bohater zaczyna skromnie, w sklepie z cygarami, potem w hotelu, ale każdy kolejny etap kariery jest właściwie kolejną warstwą dekoracji: od restauracji po hotele, aż do monstrualnego Grand Cosmo, budowli‑świata, która próbuje zastąpić rzeczywistość jej ulepszoną, komercyjną wersją. To właśnie w tych coraz bardziej fantasmagorycznych projektach najlepiej widać obsesję epoki: pragnienie, by „mieć wszystko naraz, pod jednym dachem”, zanim jeszcze wymyślono centra handlowe.
Millhauser pisze o kapitalizmie z czułą ironią kogoś, kto rozumie jego uwodzicielską logikę. Martin nie jest typowym „rekinem biznesu”; to raczej artysta infrastruktury, demiurg wnętrz i korytarzy, którego dziełem są nie tyle budynki, ile doświadczenia. W tle krąży dobrze znany mit – od zera do milionera – ale autor podcina go w najważniejszym miejscu: sukces nie przynosi tu ani spokoju, ani spełnienia, a kolejne projekty przypominają raczej próbę zapełnienia pustki niż logiczny rozwój kariery. Wątek sióstr Vernon – eterycznej, niemal przezroczystej Caroline i bardziej „ziemskiej” Emmeline – dopełnia ten obraz: Martin wybiera kobietę, która jest jak jego hotele – abstrakcyjna, nieuchwytna, bardziej ideą niż osobą. To, że związek ten jest skazany na emocjonalną jałowość, jest oczywiste znacznie wcześniej niż dla samego bohatera.
Pulitzer dla tej powieści nie jest nagrodą za efektowną fabułę, lecz za sposób, w jaki Millhauser łączy chłodną precyzję realistycznej prozy z dyskretnym przechyłem ku baśni. Styl jest elegancki, pozornie prosty, ale podszyty hipnotyczną powtarzalnością – budowy, projekty, kolejne „ulepszone” wersje rzeczywistości układają się w rytm, który przypomina mantryczną litanię nowoczesności. „Martin Dressler” stoi blisko takich książek jak „The Great Gatsby” czy „Buddenbrookowie”, ale zamiast wielkich namiętności mamy tu fascynację samym procesem konstruowania świata, a zamiast tradycyjnego upadku – lekko przesuniętą, melancholijną konkluzję: nie wszystko, co da się zbudować, da się zamieszkać. To powieść o przedsiębiorcy, która w gruncie rzeczy jest diagnozą amerykańskiej skłonności do mylenia życia z wielopiętrowym projektem.