Nieoswojona ziemia
Autor: Jhumpa Lahiri
Wydawnictwo: Albatros, 2010
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Nieoswojona ziemia” to książka, przy której ma się wrażenie, że autorka operuje skalpelem, a nie piórem. Lahiri bierze na warsztat dobrze znany już z jej wcześniejszych tekstów świat bengalskiej diaspory w USA, ale zamiast egzotycznego „folkloru emigracji” proponuje serię chłodnych, bardzo precyzyjnych przekrojów: rodziny w rozpadzie, małżeństw w stanie cichej erozji, dzieci, które żyją życiem już całkowicie amerykańskim, choć wciąż na kredyt – emocjonalny i kulturowy – zaciągnięty przez ich rodziców. Emigracja jest tu bardziej stanem ducha niż geograficznym faktem: to nieustanne poczucie, że gdzieś po drodze zmienił się grunt pod nogami, a my nadal udajemy, że wszystko opiera się na dawnych fundamentach.
Charakterystyczne jest to, jak bardzo Lahiri nie ulega pokusie dramatyzowania. Konflikt pokoleń, zderzenie tradycji z nowoczesnością, dług wobec rodziny – wszystko to mogłoby z łatwością zamienić się w melodramatyczne klisze; tymczasem napięcie budują tu szczegóły: milczenie przy stole, nieodpisany e‑mail, niedopowiedziane oczekiwania. Tytułowe opowiadanie z ojcem i córką pokazuje, jak bardzo można się minąć w dobrej woli, jeśli każde z nich inaczej rozumie lojalność i „obowiązek”. Z kolei tryptyk o Hemie i Kaushiku udowadnia, że Lahiri najbliżej jest do klasycznej prozy psychologicznej – tej w duchu Czekowa czy Munro – gdzie los nie daje wielkich finałów, tylko drobne, okrutnie wiarygodne ironie.
Siła tej książki nie tkwi jedynie w temacie „tożsamości emigranta”, który zdążył już znużyć czytelników, ale w upartym rozmontowywaniu iluzji: że można żyć bez kosztów, kochać bez reszty, wybrać „nowe życie” bez porzucenia starego. Lahiri pokazuje, jak ceną za awans społeczny, asymilację czy wolność osobistą bywa chroniczne poczucie tymczasowości – również w relacjach najbliższych. Styl jest oszczędny, pozbawiony ornamentu, nasycony detalem psychologicznym; przekład Anny Kołyszko dobrze to chłodne napięcie podtrzymuje. „Nieoswojona ziemia” nie szuka fajerwerków, ale zostawia po sobie wrażenie, że oglądaliśmy nie tyle „opowiadania o emigrantach”, ile o ludziach, którzy zawsze są od siebie o jeden niedopowiedziany gest za daleko.