antipolis
Autor: Tomasz Fijałkowski
Wydawnictwo: Czwarta Strona, 2015
Okładka: miekka
Stan: bardzo dobry
Uwagi: brak
O książce
„Antipolis” to jedna z tych powieści, które próbują zrobić coś, na co rodzima fantastyka długo patrzyła nieufnie: poważnie potraktować własną historię i własny mit, zamiast kolejny raz wyprowadzać smokom spacerek po pseudośredniowieczu. Rok 1936, Polska jako „Korona”, stolica o dumnej, nieco antycznej nazwie Antipolis, do tego Inna Rzeczywistość, która nie jest poetycką metaforą, tylko fizycznym, brutalnym wtargnięciem – Fijałkowski buduje świat, jakby chciał zderzyć międzywojenną modernę z lovecraftowskim lękiem przed czymś spoza kosmosu i panteonem bogów, którzy nie zamierzają grzecznie siedzieć w teologicznych traktatach. To nie jest typowa alternatywna historia w stylu „a gdyby Piłsudski przeżył o dziesięć lat dłużej”, raczej wizja kraju, który od dawna istnieje na styku polityki i metafizyki, ale dopiero Zenit zdziera z tego kotarę.
Najciekawszy jest tu sam mechanizm wtargnięcia sacrum do sfery publicznej. Bogowie nie są u Fijałkowskiego literacką dekoracją, tylko czynnikiem politycznym i społecznym: ktoś ma „boską krew”, ktoś nagle odkrywa moce psychiczne, a nad tym wszystkim czuwa Struktura – służba specjalna, która zamiast archiwów teczek pilnuje genezy całego porządku świata. To rozwiązanie zbliża „Antipolis” raczej do poważniejszej odmiany urban fantasy czy weird fiction niż do klasycznej „magii w alternatywnej II RP”. Widać też ambicję, by opowiedzieć o państwie jako machinie reagującej na metafizyczny kryzys – czymś w rodzaju teologii stanu wyjątkowego. Problem w tym, że ten gęsty koncept czasem wyprzedza wykonanie: tempo bywa tak szybkie, że bohaterowie nie nadążają stać się kimś więcej niż funkcją fabuły, a historyczna „alternatywność” pozostaje tłem raczej intuicyjnym niż precyzyjnie przemyślanym.
Mimo tych zastrzeżeń „Antipolis” ma w sobie tę rzadką dziś cechę: czuć, że autor naprawdę chciał wymyślić coś swojego, a nie tylko przełożyć na polskie realia kolejny modny schemat z zagranicy. Świat przedstawiony – z jego mieszaniną religii, polityki, naukowych „sygnałów” nadchodzącego Zenitu i tajnych służb traktujących metafizykę jak sprawę bezpieczeństwa państwa – zostaje w pamięci dłużej niż same zwroty akcji. Można mieć żal o niewykorzystane możliwości pogłębienia postaci czy historii, ale to raczej zarzut z gatunku „za mało”, a nie „po co w ogóle”.