Angielski pacjent
Autor: Michael Ondaatje
Wydawnictwo: Muza, 1994
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Angielski pacjent” to jedna z tych powieści, które funkcjonują jednocześnie jako historia i jako ruina historii. Ondaatje nie interesuje porządne odtworzenie frontów II wojny światowej, lecz to, co zostaje po opadnięciu pyłu: kilku obcych ludzi w prawie pustej włoskiej willi, która jest jak rozbity globus – fragmenty wielu światów rozsypane w jednym miejscu. Kanadyjska pielęgniarka, hinduski saper, węgierski (?) kartograf udający Anglika, złamany agent – każde z nich jest osobnym frontem, osobną opowieścią, która nie chce dać się wpasować w jeden „wielki” wojenny mit. W efekcie dostajemy powieść bardziej o pamięci niż o wojnie, bardziej o tym, jak konstruuje się własną legendę, niż o tym, co „naprawdę” zaszło na pustyni.
Ondaatje pisze w sposób, który niewiele ma wspólnego z linearną narracją w stylu powieści historycznej. Jego proza jest jak zestaw wyblakłych fotografii – fragmentaryczna, migawkowa, czasem ostro nasycona detalem (ciało, piasek, mapy, zapachy), by za chwilę rozmyć się w półcieniu. Wątek miłosny – teoretycznie serce książki – nie jest tu klasycznym romansem, lecz raczej próbą uchwycenia obsesji, która potrafi zniszczyć więcej niż bomba. Ten „angielski” pacjent jest de facto tekstem do rozszyfrowania: ktoś, kto przepisywał świat w języku map, sam staje się palimpsestem, zapisanym na nowo przez poparzenia, morfinę i cudzą ciekawość. Powieść funkcjonuje na granicy snu i raportu wojennego, co czyni ją tak daleką od prostych klasyfikacji gatunkowych, jak to tylko możliwe.
W polskim obiegu „Angielski pacjent” bywa redukowany do etykietki „ta książka, na podstawie której powstał film z Fiennesem”, co jest pewną krzywdą. Film odtwarza fabułę, ale gubi to, co u Ondaatje najistotniejsze: osobliwą rytmikę zdań, nielinearną konstrukcję, w której narrator porusza się po pamięci jak po minefieldzie – z ostrożnością, ale i z wyraźną fascynacją niebezpieczeństwem. To literatura zrodzona z podejrzliwości wobec „oficjalnej” historii: bardziej bliska Sebaldowi niż klasycznym powieściom wojennym, bardziej pytająca, jak opowiadamy przeszłość, niż co dokładnie się wydarzyło. Nic dziwnego, że książka tak dobrze starzeje się w kolejnych wydaniach – jej tematem nie jest II wojna światowa, lecz nasza nieustanna, uparta potrzeba, by nadać sens temu, co z natury jest chaotyczne.