Thor. Saga Asgard
Autor: Wolfgang Hohlbein
Wydawnictwo: Telbit, 2011
Okładka: miekka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Thor. Saga Asgard” Hohlbeina to jeden z tych grubych tomów, które udają klasyczny epos, a w rzeczywistości są literackim eksperymentem z amnezją protagonisty. Autor robi rzecz prostą i skuteczną: bierze figurę znaną do bólu – Thora, boga gromu – i ogołaca ją z całej ikonografii oraz pamięci. Zostawia jedynie ciało, młot i pogodę, która reaguje na jego nastrój jak źle wychowany żywioł. Dzięki temu mitologia nordycka nie pojawia się tu jako muzealny eksponat, lecz jako coś dopiero składanego z rozsypanych kawałków; bohater nie tyle „przypomina sobie mit”, co go od nowa przeżywa.
Hohlbein korzysta przy tym z wygodnego chwytu fantasy drogi: niepamiętny wojownik tuła się po świecie, w którym wilki i burze są równie realne jak ludzie, a moralność ma barwę stali i śniegu, nie zaś kolorowych sztandarów. To nie jest elegancka, „tolkienowska” mitologia; bliżej jej do sag, w których bogowie są niebezpiecznie ludzcy, a przemoc bywa pierwszym, nie ostatnim argumentem. Autor porusza się swobodnie między konwencją heroic fantasy a mroczniejszą, niemal apokaliptyczną wizją Ragnaröku – ale zamiast przepowiadać koniec świata, złośliwie pyta, czy ów koniec nie zaczyna się od jednego człowieka, który nie wie, kim jest, a dysponuje mocą mitycznej broni.
Najciekawszy jest tu właśnie rozdźwięk między „Thor – figurą kultury” a „Thor – człowiekiem z młotem i pustką w głowie”. Hohlbein pozwala czytelnikowi grać w podwójną grę: z jednej strony rozpoznajemy echa Edd, z drugiej obserwujemy, jak bohater stopniowo zasiedla przypisaną mu rolę, jakby mit był pułapką, w którą się wpada, a nie darem. To lektura dla tych, którzy lubią fantasy ciężkie od burzowych chmur, nieco rozwleczone, ale konsekwentnie budujące atmosferę świata, gdzie bogowie nie są jeszcze wyryci w kamieniu – dopiero się rodzą, i to w sposób zdecydowanie nieheroiczny ani komfortowy.