Na miarę piekieł
Autor: Arturo Azuela
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 1977
Okładka: miekka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Na miarę piekieł” to jedna z tych powieści rewolucyjnych, które nie chcą już uczestniczyć w romantycznym micie rewolucji. Arturo Azuela, wnuk Mariano Azueli, zamiast powtarzać heroiczne „Los de abajo”, dokonuje chłodnej wiwisekcji dziedzictwa zbrojnego zrywu. Tytułowy „rozmiar piekieł” nie odnosi się wyłącznie do przemocy lat 1910–1917, lecz do rozciągniętego w czasie, rozlanego na dekady skutku – tego, co dzieje się, gdy rewolucyjny patos zamienia się w codzienną biurokrację, klasowe awanse, rozpad więzi i stopniową erozję sensu. Meksyk Azueli nie jest sceną jednej wielkiej bitwy, tylko długiego, męczącego karnawału historii, po którym zostaje kac – rozbity ród, rozproszone wartości, pamięć, która coraz mniej przystaje do rzeczywistości.
Rodzina, wokół której skonstruowana jest narracja, funkcjonuje jak miniaturowy model państwa: mitologizowany Jezus – buntownik, który znika na Kubie i w opowieściach krewnych obrasta w legendę – pełni rolę nieobecnego centrum, niemal świeckiego świętego rewolucji, którego nikt tak naprawdę nie zna, ale wszyscy potrzebują, by uzasadnić własne życiowe wybory i niewierności. Jego nieobecność jest tu ważniejsza niż jakakolwiek obecność: w pustce po nim rodzą się rodzinne fantazmaty, usprawiedliwienia, nostalgie. Kolejne pokolenia – od tych, które pamiętają powstańcze uniesienia, po dorosłych lat 70. – dryfują pomiędzy tym, co im opowiadano o dawnych walkach, a tym, co widzą w codziennym, zmodernizowanym, ale moralnie wyjałowionym Meksyku. Azueli blisko do Faulknera: rodzina staje się archiwum, ale archiwum pęknięte, pełne palimpsestów i przemilczeń.
Wielogłosowa, poszarpana narracja – z jej przeskokami w czasie, zmieniającymi się perspektywami, dialogiem żywych z umarłymi i z samymi sobą sprzed lat – nie jest tu tylko kaprysem formalnym w duchu iberoamerykańskiej „nowoczesności”. To sposób pokazania, że historia Meksyku to nie ciągły rozwój, lecz labirynt pamięci: każdy z bohaterów nosi własną wersję rewolucji, własne piekło i własny rozmiar kompromisu. W odróżnieniu od bardziej rozpoznawalnych nazwisk boomu, Azuela nie oszałamia barokową wyobraźnią ani magią – jego „piekła” są przyziemne: alienacja, urzędnicze kariery, wypłowiałe ideały, rodziny, które jeszcze trzymają się nazwiskiem, choć nic ich już właściwie nie łączy. W efekcie dostajemy powieść nie tyle o rewolucji, ile o długim trwaniu jej skutków, o kraju i rodzie, które starają się żyć „po wielkim wydarzeniu”, nie mogąc się zdecydować, czy było ono zbawieniem, czy tylko zmianą dekoracji w tym samym, odwiecznym piekle.