Niebezpieczne kobiety
Redakcja: George R.R. Martin, Gardner Dozois
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2015
Okładka: twarda
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
To jedna z tych antologii, które udowadniają, że „tematyczny zbiór opowiadań” nie musi być wymówką dla wtórności. Martin i Dozois robią tu to, w czym byli najlepsi: traktują motyw przewodni jak pretekst do przeglądu całego fantastycznego ekosystemu. „Niebezpieczne kobiety” to nie tyle katalog silnych bohaterek, ile panorama sposobów, w jakie literatura fantastyczna wyobraża sobie kobiecą sprawczość – od smoków i tronów, przez space operę, aż po historię alternatywną. Tytuł brzmi jak hasło z plakatu konwentowego, ale pod nim kryje się całkiem poważne pytanie: kiedy kobieta staje się „niebezpieczna” – i dla kogo.
Najgłośniejszym magnesem jest oczywiście martinowska „The Princess and the Queen”, czyli wielce uczony (i z premedytacją kronikarski) raport o Tańcu Smoków, który fani „Pieśni lodu i ognia” traktują wręcz jak podręcznik do historii Westeros. Tu nie ma uroków „Gry o tron”, jest sucha proza dziejopisa, a mimo to napięcie polityczne i ciężar decyzji są wyczuwalne – to ciekawa ilustracja, jak kobiece ambicje i roszczenia do władzy zostają przefiltrowane przez męskie pióro historyka. Obok tego Abercrombie, Sanderson, Butcher czy Gabaldon robią to, co umieją najlepiej: jedni bawią się brutalnym cynizmem, inni konstrukcją świata czy magii, jeszcze inni romansem podszytym przemocą. Co ważne, „niebezpieczeństwo” bywa tu bojowe, psychologiczne, polityczne, czasem wręcz intymne – nie chodzi tylko o miecz w dłoni, ale o zdolność wytrącania świata z równowagi.
Jako całość tom ma ciężar cegły – fizyczny i literacki. Różnica poziomów między tekstami jest nieunikniona, ale to jedna z tych antologii, gdzie słabsze utwory bardziej odstają z powodu sąsiedztwa, niż samej jakości; redaktorska selekcja jest nadzwyczaj równa. World Fantasy Award nie dostała tu za znane nazwiska na okładce, tylko za umiejętne złożenie bardzo różnych tonacji w jeden, zaskakująco spójny akord. Dla czytelnika przyzwyczajonego do jednego uniwersum będzie to trochę jak przechadzka po dobrze zaopatrzonym antykwariacie: nie wszystko od razu trafi w gust, ale trudno nie wyjść przynajmniej z kilkoma tekstami, które zostają w głowie dłużej niż niejedna osobna powieść. Jeśli mam ją do czegoś przyrównać, to bardziej do eleganckiego literackiego laboratorium niż do „kolejnej składanki pod patronatem Martina”.