Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
EAN: 9788360505595
Wysyłka od: 15.00 PLN

Poczet dziwów miejskich
Autor: Krzysztof Piskorski

Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2007
Okładka: miekka 
Stan: dobry plus

Uwagi: brak

O książce

„Poczet dziwów miejskich” to książka trochę jak spacer z przewodnikiem po Wrocławiu, który po drodze dyskretnie uchyla klapę do innego wymiaru. Piskorski robi z miasta coś, o czym marzy większość urban fantasy: prawdziwy organizm, zamieszkany zarówno przez lokatorów z czynszówek, jak i przez bazyliszka, który najwyraźniej wysiadł na złym przystanku. Mamy więc dziennikarza śledczego, który widzi więcej, niż wypada, i jego towarzysza – duet w gruncie rzeczy bliższy klasycznym bohaterom prasy lokalnej niż herosom fantasy. Dzięki nim wrocławska codzienność – tramwaje, klatki schodowe, zapuszczone zaułki – zderza się z krasnalami, bankomatonami i upiorami PRL-u, jakby pamięć zbiorowa miasta zaczęła wypluwać swoje potwory na ulicę.

To nie jest jednak „magia na serio” w stylu mrocznego realizmu – Piskorski stoi raczej w tym samym szeregu, w którym swego czasu ustawiali się Strugaccy z „Miliardem lat…”, czy – bliżej nas – Dukaj z „Wrońcem”: fantastyka jako operowanie absurdem, groteską i przewrotnością. Humor jest tu narzędziem rozpoznania, a nie wygłupu. Żarty z biurokracji, z archaicznych resztek PRL-u, z miejskiej mitologii tworzonej na poczekaniu – to wszystko składa się na obraz kraju, który wciąż nie do końca wie, czy już jest nowoczesny, czy jeszcze postkomunistyczny, a może po prostu magicznie rozklekotany. Dziwoludy są przy tym nie tylko „potworami”, ale w pewnym sensie personifikacjami nerwic społecznych i drobnych miejskich obsesji – Piskorski ma wyraźną słabość do potworów, które są bardziej nieszczęśliwe niż straszne.

Warto zwrócić uwagę na formę cyklu opowiadań: teksty są na tyle autonomiczne, by każdy mógł być osobnym „dziwem” wyciągniętym z gabinetu osobliwości, ale zarazem układają się w nieformalną kronikę alternatywnego Wrocławia. Styl jest lekki, dialogowy, bez postmodernistycznych fajerwerków, ale za to z wyczuciem rytmu i puenty – autor wie, gdzie przyspieszyć, a gdzie pozwolić, by absurd wybrzmiał sam. „Poczet” czyta się trochę jak notatnik miejskiego etnografa, który zamiast cytować profesorów, rozmawia z krukiem mówiącym ludzkim głosem i traktuje go jak całkiem wiarygodne źródło. Jeśli szukać książki, która pokazuje, jak polskie miasto może stać się pełnoprawną przestrzenią fantastyczną, bez kopiowania londyńskich czy drezdeńskich wzorców – to właśnie tutaj.