Królestwo z tego świata
Autor: Alejo Carpentier
Wydawnictwo: PIW, 1973
Okładka: miekka
Stan: dobry
Uwagi: zagięcia okładki
O książce
„Królestwo z tego świata” to jedna z tych cienkich książek, które ważą więcej niż niejedna cegła akademickiej historiozofii. Carpentier bierze rewolucję haitańską – temat pozornie należący do podręczników – i oddaje ją nie generałom ani kronikarzom, lecz komuś z najniższego szczebla drabiny: Ti Noël, niewolnikowi, który nie tyle „uczestniczy w dziejach”, ile jest przez nie wielokrotnie przejechany. Z tej perspektywy rewolucja nie jest wzniosłym aktem dziejowej konieczności, lecz serią katastrof, w których jedne porządki przemocy zastępują drugie, a wielkie nazwiska – Mackandal, Henri Christophe – pojawiają się raczej jako figury w teatrze okrucieństwa niż bohaterowie marmurowych pomników.
To, co później krytycy ochrzcili terminem „realizm magiczny”, Carpentier konsekwentnie nazywał „lo real maravilloso” – cudownym realizmem Ameryki Łacińskiej. W tej powieści nie chodzi o dodanie do historii kilku efektownych sztuczek metafizycznych, lecz o przywrócenie światu jego pierwotnej intensywności: natura, afrykańskie wierzenia, katolicyzm kolonizatorów, przesądy i polityka istnieją tu w jednym, niepodzielnym porządku. Mackandal zmieniający postaci, voodoo, wizje i klątwy nie są „fantastyką”, tylko integralną częścią sposobu doświadczania rzeczywistości przez niewolników. Carpentier robi coś, czego literatura europejska długo nie potrafiła – traktuje ludową wyobraźnię poważnie, jako pełnoprawne narzędzie opisu historii, a nie folklorystyczną dekorację.
Książka jest też – i tu robi się ironicznie aktualna – bardzo trzeźwym traktatem o władzy. Obalenie Francuzów nie przynosi wyzwolenia, lecz nową konfigurację bata i pałacu; Christophe, wyrosły z buntu, szybko upodabnia się do dawnych panów, tyle że jego tyrania podszyta jest kompleksem niedawnego niewolnika. Carpentier ma dla rewolucyjnych mitów ograniczoną cierpliwość: pokazuje, jak łatwo język wolności staje się narzędziem nowej opresji, a „królestwo z tego świata” – obietnicą, która zawsze o krok się oddala. Ti Noël w finale dochodzi nie do taniego pocieszenia, lecz do gorzkiej, ale wyzwalającej świadomości, że jedyne realne zwycięstwo znajduje się w odmowie uczestnictwa w mechanice dominacji.