biały zęby
Autor: Zadie Smith
Wydawnictwo: Znak 2003
Okładka: twarda
Stan: dobry
Uwagi: wypłowiały grzbiet
O książce
„Białe zęby” to debiut, który zachowuje się, jakby debiutem wcale nie był: powieść od razu chce objąć cały świat – a przynajmniej cały północny Londyn końca XX wieku. Smith bierze to, co w klasycznej powieści rodzinnej dickensowskie – rozmach, zamiłowanie do groteskowych szczegółów, gęste powiązania między postaciami – i wsadza to w zupełnie inną scenerię: mieszankę powojennej Anglii, postkolonialnych resentymentów i codziennej, nieraz komicznej żmudności życia klas niższych i „niższej klasy średniej”. Archibald Jones i Samad Iqbal są tu jak dwóch anty‑bohaterów epickiej sagi: człowiek, który nie bardzo wie, dlaczego żyje, oraz człowiek, który aż za dobrze wie, dlaczego powinien – i obaj spektakularnie się na tej wiedzy potykają.
Najciekawsze jest jednak to, jak książka traktuje „wielokulturowość” – termin dziś zgrany do cna, ale u Smith wciąż jeszcze żywy i bolesny. Zamiast moralitetu o „tolerancji”, dostajemy labirynt lojalności, kompleksów i idei: religia kontra nauka, fundamentalizm kontra liberalne rozmemłanie, pamięć kolonialna kontra nowa tożsamość „Londyńczyka”. Dzieci Samada, Irie Jones oraz rodzina Chalfenów tworzą drugi plan, który z czasem staje się pierwszym: to właśnie w ich neurozach, radykalizmach i eksperymentach widać, jak kapryśne bywa dziedziczenie tradycji. Smith wyśmiewa wszystkich po równo – muzułmanów, Jamajczyków, białych Anglików, lewicujących intelektualistów – ale za tą ironią stoi raczej melancholia niż wyższość.
Styl jest tu osobną atrakcją: gęsty, sardoniczny, pełen dygresji, jakby autorka nieustannie podszeptywała czytelnikowi własne komentarze do scen. Gdyby ktoś uparł się, by widzieć w „Białych zębach” klasyczną „powieść imigrancką”, musiałby przyznać, że to wariant wyjątkowo rozpasany – i zbyt inteligentny, by zadowolić się prostą opozycją „tutejsi” kontra „obcy”. Książka jest też ciekawym dokumentem chwili: tuż przed 11 września, przed brexitem, przed dzisiejszym językiem debat o tożsamości; czytana dziś, brzmi jak zapis momentu, w którym wierzono jeszcze, że chaos wielokulturowego miasta da się obrócić w rodzaj rozsądnego kompromisu. Smith nie rozwiązuje tych napięć, ale potrafi je tak opisać, że czytelnik trochę się śmieje, trochę wstydzi – i w obu przypadkach słusznie.