Biała gwardia
Autor: Michaił Bułhakow
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1989
Okładka: miekka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Biała gwardia” to ta rzadkiego rodzaju powieść, w której historia nie jest tłem, lecz żywiołem – jak pogoda, którą trzeba przeczekać, choć wiadomo, że dom i tak będzie przeciekał. Bułhakow, syn kijowskiego miasta, pisze tu nie tyle o „wojnie domowej na Ukrainie”, ile o końcu pewnej cywilizacji: rosyjskiej inteligencji, wychowanej na klasykach, a wrzuconej nagle w gmatwaninę hetmanów, petlurowców, Niemców i widma bolszewików. Dom Turbinów, z jego starymi meblami, ikonami, książkami i porcelaną, staje się czymś w rodzaju ostatniej kapsuły kultury – maleńkim muzeum, które usiłuje trwać w momencie, gdy za oknem wszystko już dawno przestało wierzyć w cokolwiek oprócz karabinu.
Najciekawsze jest, że Bułhakow nie buduje tu ani heroicznej epopei „białych”, ani czarno-białej satyry politycznej. Jego Turbinowie są zarazem godni podziwu i bezradni, odważni i groteskowi; bronią „Rosji”, której nikt już tak naprawdę nie potrafi zdefiniować, najwyżej zacytować z Puszkina. Powieść jest miejscami zadziwiająco kameralna: więcej tu śniegu, mroku na klatkach schodowych, miękkiego światła lampy naftowej i szeptów przy herbacie niż wielkich bitewnych panoram. „Historia” wdziera się w życie nie jak patetyczny manifest, lecz jak przeciąg – drzwi trzaskają, ktoś znika, ktoś wraca, ktoś nagle zmienia stronę. W tym sensie „Biała gwardia” jest raczej studium rozpadu świata widzianego z wnętrza mieszkania niż podręcznikowym obrazem wojny domowej.
Styl Bułhakowa – jeszcze nie tak rozigrany jak w „Mistrzu i Małgorzacie”, ale już rozpoznawalny – łączy liryczną czułość z ironią, chwilami wręcz sarkastyczną. Pod skórą narracji stale czuć autobiograficzne napięcie: to miasto jest opisane z pamięci ciała, nie z archiwów, stąd tak silna obecność przestrzeni – ulic, wzgórz, cerkiewnych kopuł, tramwajów, bram. To także powieść o pamięci: o tym, jak szybko „normalność” staje się legendą, jak w ciągu kilku miesięcy dawne życie przeistacza się w prywatny mit rodzinny. Nic dziwnego, że tekst przez dziesięciolecia nie mieścił się w radzieckim kanonie – jest zbyt melancholijny, zbyt lojalny wobec przegranych i zbyt przenikliwy, by dać się zredukować do którejkolwiek oficjalnej wersji historii. Dzisiaj czyta się go jak raport z wnętrza katastrofy, spisany przez kogoś, kto do końca nie umiał, a może i nie chciał, wybrać zwycięzców.