Dieta przeciw nowotworom
Autor: Hans-Jürgen Raabe
Wydawnictwo: BUS, Kraków, 1992
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Dieta przeciw nowotworom. Recepta Köhnlechnera” to dziecko bardzo określonego czasu: początku lat 90., gdy medycyna naturalna i „medycyna akademicka” toczyły swoje małe wojny podjazdowe, a słowo „profilaktyka” dopiero nieśmiało przebijało się do języka przeciętnego pacjenta. Raabe, opierając się na koncepcjach dr. Köhnlechnera, proponuje tu nie tyle dietę cud, co całą małą ideologię żywienia: układ menu staje się narzędziem ingerencji w „teren biologiczny” organizmu, zanim jeszcze dojdzie do choroby. To myślenie jest dziś dobrze znane z literatury o stresie oksydacyjnym, wolnych rodnikach czy diecie przeciwzapalnej, ale w roku 1992 miało jeszcze posmak czegoś odważnego, a chwilami wręcz heretyckiego.
Cienki tom (118 stron) zmusza autora do dyscypliny: zamiast podręcznikowej rozprawy z przypisami dostajemy skondensowany manifest żywieniowy, przeplatany praktycznymi sugestiami kuchennymi. Raabe nie pisze jak chłodny biochemik, raczej jak rzecznik rozsądnego, „odnaturalizowanego” mieszczanina, który chce odzyskać kontrolę nad własnym zdrowiem, zanim zdąży się w pełni oddać w ręce onkologii. Pojawiają się klasyczne dla ówczesnej literatury wątki: ograniczenie produktów wysoko przetworzonych, przewaga warzyw i produktów zbożowych, krytyka nadmiaru tłuszczów zwierzęcych – wszystko to podane w formie przepisów i zestawów dań, które mają być nie tyle ascetyczne, co „sprzymierzone” z organizmem. Jest w tym duchu coś z wczesnych poradników makrobiotycznych, ale Raabe trzyma się bardziej ziemi niż ideologicznych uniesień.
Z dzisiejszej perspektywy książkę czyta się trochę jak dokument epoki: część tez zyskała mocne potwierdzenie w badaniach (rola błonnika, warzyw krzyżowych, ograniczenia tłuszczów nasyconych), część jest raczej intuicją naturopaty niż solidną metaanalizą. Jej wartość polega nie tyle na „tajemniczej recepcie Köhnlechnera”, ile na konsekwentnym przesunięciu akcentu z leczenia na profilaktykę oraz na tym, że uczy myślenia o jedzeniu jako o długofalowej strategii, nie doraźnym „suplemencie”. Dla współczesnego czytelnika obytego z literaturą medyczną będzie to raczej ciekawy, sprawnie napisany pierwowzór późniejszej mody na „diety antyrakowe” niż pozycja kompletna – ale właśnie jako wczesny głos w tej dyskusji wypada ją traktować z pewnym szacunkiem, nawet jeśli z ołówkiem w ręku i odruchem sprawdzania, co na to aktualne wytyczne onkologiczne.