Pani Wyrocznia
Autor: Margaret Atwood
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1989
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: nieznaczne zagięcia okładki
O książce
„Pani Wyrocznia” to Atwood w tonie, który czytelnikom „Opowieści podręcznej” może wydać się zaskakująco frywolny, ale pod tą lekkością leży znajomy chłód chirurgicznego skalpela. Powieść udaje błahą historię kobiety, która pisze kiczowate romanse gotyckie i prowadzi bałagan uczuciowy godny tanich serii kioskopowych, ale w istocie jest to poważna książka o nieustannym wymyślaniu siebie – o tym, co zostaje z człowieka, kiedy obetnie się mu wszystkie pseudonimy. Joan Foster żyje jak autorka własnej telenoweli: zmienia tożsamości, wędruje między rolą żony, kochanki, pisarki „na poważnie” i anonimowej producentki pulpy. Atwood interesuje jednak nie tyle sama intryga, ile mechanika tej ucieczki – od ciała, od matki, od biografii, od odpowiedzialności za własną narrację.
Najciekawsze jest to, co dzieje się na styku „wysokiej” i „niskiej” literatury. Fragmenty romansów gotyckich, które Joan tworzy pod pseudonimem, są niby pastiszem – napuszony styl, gotowe klisze, obowiązkowe hrabiny w opałach – ale Atwood traktuje je jak sejsmograf psychiki bohaterki. Kicz staje się jej prywatnym mitem założycielskim, wentylem lęków i fantazji, które w „poważnym” życiu nie mają prawa głosu. Tym samym powieść obraca się przeciw literackiej hierarchii: to, co masowe, szmirowate, kobiece i wstydliwe, okazuje się najbardziej szczerym zapisem. Mamy więc metafikcję, ale bez akademickiej pompki: zamiast głośno ogłaszać „to jest opowieść o opowiadaniu”, Atwood po prostu pozwala tekstom Joan wchodzić w dialog z jej losem, podważając każdą próbę jednoznacznej interpretacji.
Na tle innych jej powieści „Pani Wyrocznia” przypomina trochę brakujące ogniwo: z jednej strony widać tu już wyraźnie Atwood-feministkę, tropiącą kulturowe skrypty kobiecości, z drugiej – pisarkę, która z wyraźną przyjemnością bawi się fabułą, ironią i pastiszem. Temat „ciała jako tekstu” – rozpoczęty od otyłego dzieciństwa Joan i toksycznej relacji z matką – splata się z pytaniem o cenę literackiego sukcesu, o możliwość „autentyczności”, gdy całe życie opiera się na pozach. Z dzisiejszej perspektywy widać, jak „Pani Wyrocznia” przygotowuje grunt pod późniejsze, mroczniejsze książki Atwood: jest jak lustro w krzywym zwierciadle – śmieszne, chwilami przesadzone, ale w którym bardzo niepokojąco odbijają się nasze własne ucieczki w role, gatunki i historie, które mają za nas przeżyć życie.