Ostateczne Poświęcenie
Autor: Clayton Emery
Wydawnictwo: ISA, 1999
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
Trzeci tom trylogii o Greensleeves i Gullu to takie osobliwe zwieńczenie cyklu, który zaczynał się jak typowa „powieść pod grę”, a kończy jako całkiem solidna heroic fantasy z ambicją spięcia lokalnej przygody z wielką mitologią Dominii. Emery korzysta tu bez wstydu z całego katalogu klisz – marsz armii przez lód, zatopione lasy, kryptę pełną artefaktów – ale robi to z wyczuciem rzemieślnika, który rozumie, że w takiej historii liczy się rytm eskalacji i poczucie drogi. W tle stale pobrzmiewa Bratobójcza Wojna Urzy i Mishry: nie jako suchy przypis dla fanów karcianki, lecz jako echo dawnego kataklizmu, który determinuje teraźniejszość bohaterów.
Greensleeves z jej „armią natury” oraz Gull Drwal – bohater jakby żywcem przeniesiony z bardziej przyziemnej opowieści o toporze i śniegu – tworzą zaskakująco udany duet ideowy. Ona reprezentuje moralny ciężar magii i próbę odkupienia, on – brutalną konieczność działania. W „Ostatecznym poświęceniu” ta opozycja dochodzi do głosu szczególnie mocno: decyzje strategiczne ustępują miejsca wyborom o charakterze ofiary, lojalności i wyrzeczenia, jakby autor chciał pokazać, że świat MTG nie musi się ograniczać do pojedynku „mag kontra mag nad stołem”, ale może unieść coś w rodzaju quasi-tragicznej pointy. Wątek keldońskiego wodza – figurującego jako klucz do dawnej zbrodni – jest tu właśnie takim mostem między osobistą zemstą a historycznym grzechem.
Na tle innych powieści sygnowanych logiem Magic: The Gathering książka Emery’ego broni się zaskakująco dobrze. Nie ma tu może językowych fajerwerków, ale jest sprawna, klarowna narracja, która wie, dokąd zmierza, i nie gubi po drodze ciężaru tytułowego „poświęcenia”. Polski przekład Jerzego Marcinkowskiego zachowuje prostotę oryginału, nie próbując na siłę „uszlachetnić” tekstu – i słusznie, bo ta proza działa najlepiej właśnie jako dynamiczna, miejscami brutalna opowieść przygodowa osadzona w większym, już istniejącym micie. Dla kogoś, kto wychował się na kartach MTG lat 90., to domknięcie trylogii ma w sobie coś z powrotu do starego dodatku: może i kanciastego, ale podszytego autentycznym rozmachem.