Ich ostatnia kobieta
Autor: Rosita Steenbeek
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2000
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Ich ostatnia kobieta” to powieść, która udaje romans, a w rzeczywistości jest dość bezlitosnym studium tego, co dzieje się z pożądaniem, kiedy obie strony wiedzą już, że zegar tyka głośniej niż serce. Steenbeek podstawia czytelnikowi lornetkę: z jednej strony widzimy Włochy jako klasyczną scenografię erotyczno‑egzystencjalnej przygody – światło, piazza, słynna „włoska namiętność”; z drugiej szybko okazuje się, że ta sceneria jest tylko tłem dla dosyć chłodnej obserwacji starzejących się mężczyzn i młodszej kobiety, która próbuje zrozumieć, co dokładnie w nich kocha – nich samych czy własne odbicie w ich spojrzeniu. To nie jest prosta opowieść o „różnicy wieku”, lecz o tym, jak erotyka staje się językiem negocjowania lęku przed śmiercią.
Narracja Suzanne ma w sobie coś z dziennika antropolożki – z tą różnicą, że obiektem badań jest zarówno „plemię” włoskich kochanków, jak i ona sama, Holenderka rzucona w śródziemnomorską przesadę. Każdy z mężczyzn jest w istocie wariacją na temat ojca: nie w tanim, freudowskim skrócie, lecz w subtelnych załamkach gestów, protekcjonalnych uwag, w sposobie, w jaki traktują jej młodość jak zasób, z którego można jeszcze coś „wyciągnąć”. Te relacje mają w sobie rodzaj melancholijnej transakcyjności – oni ofiarowują doświadczenie, czułość podszytą rezygnacją; ona przynosi energię, możliwość jeszcze jednego „ostatniego razu”, a jednak wszyscy wiedzą, że rachunek zostanie zapłacony samotnie.
Steenbeek pisze w sposób pozornie przejrzysty, bez stylistycznych fajerwerków, co dobrze współgra z introspekcyjnym charakterem książki. Ta prostota jest jednak myląca: pod nią kryje się precyzyjnie dawkowana ironia wobec mitów o romansie „na południu” i wobec samej bohaterki, która równie mocno jak mężczyzn pożąda własnej narracji o sobie. „Ich ostatnia kobieta” to lektura dla tych, których interesuje psychologia intymności – nie w wydaniu poradnikowym, lecz literackim, z całą niejednoznacznością, w której namiętność, litość, próżność i lęk przed starością mieszają się tak ściśle, że trudno już powiedzieć, co właściwie nazywamy miłością.