Existentialism is a humanism
Autor: Jean Paul Sartre
Wydawnictwo: Yale University Press, 2007
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Egzystencjalizm jest humanizmem” to w zasadzie stenogram filozofa przyłapanego na gorącym uczynku – Sartre nie pisze tu dla kolegów z Sorbony, lecz dla rozdrażnionej powojennej publiczności, która podejrzewa, że egzystencjalizm jest mieszaniną dekadencji, nihilizmu i czarnego golfu. Tekst to obrona we własnej sprawie: autor uporczywie tłumaczy, że jego słynne „istnienie poprzedza esencję” nie jest zaproszeniem do moralnej samowolki, tylko do dojrzałej odpowiedzialności. Człowiek nie ma wrodzonej „natury” ani boskiego planu – projektuje siebie w działaniu, a więc każdy wybór jest jednocześnie projektem człowieka w ogóle. Sartre odziera tę tezę z abstrakcji, pokazując ją na przykładach tak prostych, jak wybór między opieką nad matką a wstąpieniem do ruchu oporu.
To krótkie wystąpienie ma dziś charakter podwójnie ciekawy. Z jednej strony jest podręcznikowym destylatem egzystencjalizmu w wersji „dla ludzi”, bez ciężkiej terminologii „Bytu i nicości”, z wyraźnym rytmem mówcy przyzwyczajonego do sali pełnej sceptycznych słuchaczy. Z drugiej – stanowi dokument czasu: Paryż 1945 roku, atmosfera rozliczeń, sporów z marksistami i katolikami, pytanie, co właściwie pozostało z człowieka po doświadczeniu okupacji. Stąd trzy kluczowe słowa – trwoga, opuszczenie, rozpacz – nie mają tu posmaku estetycznej melancholii, lecz są diagnozą etycznego położenia: jeśli „Bóg umarł”, to nie ma już na kogo zrzucić winy. Sartre uparcie podkreśla, że ten brak gwarancji nie paraliżuje, lecz zmusza do działania.
Wydanie Yale, z nowym przekładem i aparatem krytycznym, dość jasno pokazuje też ironię losu: tekst, który Sartre później uważał za zbyt popularny, stał się jego najbardziej wpływowym „folderem reklamowym”. Dla jednych będzie to zaledwie wprowadzenie do poważniejszej lektury, dla innych – wystarczająco mocna dawka: program filozoficzny skondensowany do kilkudziesięciu stron, które wciąż umieją wywołać lekki dyskomfort – bo trudno po nich utrzymać wygodne przekonanie, że „tak już jestem skonstruowany” albo „takie są czasy”. To niewielka książeczka, która zamiast pocieszać, grzecznie oddaje człowiekowi całą winę i całą sprawczość.