Szanghajski Cyrk Quina
Autor: Edward Whittemore
Wydawnictwo: Da Capo, 1994
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Szanghajski cyrk Quina” to powieść o pamięci, która nie godzi się na linearność. Whittemore traktuje historię XX wieku jak archiwum pełne fałszywych teczek: wojna, rzeź Nankinu, kolonialne kabały, chińskie i japońskie podziemia – wszystko to przechodzi przez filtr osobistych mitologii bohaterów. Punktem wyjścia jest spotkanie w dość obskurnej aurze – Geraty z walizką japońskiej pornografii i barman Quin – ale bardzo szybko staje się jasne, że ten rekwizyt to tylko klucz do sejfu wspomnień, a nie tani skandal. Podobnie jak u Pynchonowskich wyrzutków, wiemy, że bohaterom towarzyszy jakaś Wielka Sieć: szpiegowska, przestępcza, rodzinna – i że żaden z tych porządków nie da się od siebie oddzielić.
Najciekawsze jest, jak Whittemore prowadzi swoją opowieść na granicy baśni i raportu wywiadowczego. Z jednej strony mamy groteskowe, niemal cyrkowe figury (nomen omen), z drugiej – precyzyjne, chłodne obrazy okrucieństwa wojny w Azji. Autor nie udaje realizmu: stosuje nieliniową narrację, przeskoki między kontynentami i dekadami, opowieści w opowieściach, pamiętniki, świadectwa. W efekcie czytelnik mniej „śledzi akcję”, a bardziej błądzi po labiryncie wersji wydarzeń. Fakty historyczne są tu jak betonowy szkielet, na który nałożono fantasmagoryczną fasadę – i właśnie ta fasada wydaje się uczciwsza, bo przyznaje, że historia w ludzkim doświadczeniu zawsze występuje w przebraniu.
Polskie wydanie korzysta z przekładu Tomasza Mirkowicza, co jest istotne, bo cały urok prozy Whittemore’a polega na mieszance rejestrów: od knajpianej rubaszności po quasi-mistyczne uniesienia. To książka dla czytelnika, który akceptuje, że szpiegowski wątek może niespodziewanie zamienić się w rodzinny apokryf, a scena historycznej masakry sąsiadować z niemal kabaretową groteską. „Szanghajski cyrk Quina” stoi więc gdzieś między powieścią szpiegowską a magicznym realizmem, jakby Conrad postanowił przepisać „Jądro ciemności” po lekturze Borgesa i w gazetach znalazł zdjęcia z Nankinu. Nie jest to lektura „wygodna”, ale zostawia po sobie osobliwe wrażenie: że dzieje XX wieku najlepiej da się opowiedzieć nie przez patos, lecz przez hybrydy, chimery i cyrk osobliwości.