Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie istnienia
Autor: Stanisław Ignacy Witkiewicz
Wydawnictwo: Hachette, 2011
Okładka: twarda
Stan: dobry plus
Uwagi: exlibris
O książce
„Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie istnienia” to ten osobliwy przypadek traktatu metafizycznego, który zaczyna się jak rozprawa z ambicjami „matematyki bytu”, a po kilkudziesięciu stronach okazuje się być równie mocno aktem rozpaczy metafizycznej, co konstrukcją systemu. Witkacy próbuje wziąć za słowo samą ideę „istnienia” i zobaczyć, co ona z siebie „wypluwa”: wielość, czas, przestrzeń, relacje, jakość – cały aparat pojęciowy, który ma być konieczny, aby w ogóle cokolwiek mogło istnieć i być pomyślane. To nie jest klasyczna ontologia scholastyczna ani kantowska krytyka: raczej radykalna próba zbudowania systemu „od dołu”, z jednego pojęcia, przy czym autor jest boleśnie świadom, że ta budowa odbywa się z pozycji jednostkowego, skończonego istnienia, które samo jest przedmiotem dociekań.
Najbardziej oryginalny komponent tej układanki to koncepcja „Istnień Poszczególnych”, czyli swoistego, biologicznie ugruntowanego monadyzmu. Witkacy bierze od Leibniza ideę wielości substancji, ale odrzuca jego cukierkową harmonię – IP są konkretne, cielesno-psychiczne, wrośnięte w czas, konflikt i przypadkowość. To z nich, a nie z jakiegoś bezosobowego Bytu czy Ducha, składa się rzeczywistość. Traktat, mimo całej swojej formalnej ambicji, jest w gruncie rzeczy systematyzacją doświadczenia bycia pojedynczym, śmiertelnym „ja”, które próbuje w logicznej formie uchwycić to, co dla Witkacego gdzie indziej nazywa się „przeżyciem metafizycznym”. Stąd osobliwy ton: równocześnie suchy, dedukcyjny, niemal geometryczny, i podszyty nerwową świadomością katastrofy – nie tylko historycznej, ale ontologicznej.
Czyta się to jak skrzyżowanie wykładu z metafizyki ogólnej z prywatnym dziennikiem myśliciela, który broni się przed nicością, układając definicje w łańcuchy. W tle czuć spór z całym XX-wiecznym zwrotem ku językowi i nauce: Witkacy uparcie twierdzi, że „twarda metafizyka” jest jeszcze możliwa, że ontologiczne konieczności nie rozpływają się w analizie pojęć ani w empiryzmie. Dla czytelnika przyzwyczajonego do fenomenologii czy analitycznej ontologii lektura może być doświadczeniem osobliwym: archaiczna forma systemu, ale połączona z nowoczesnym niepokojem i obsesją na punkcie indywiduum. To książka, do której się nie „wraca”, tylko raczej: albo się w nią wpada na dłużej, albo odkłada z poczuciem, że jednak spokojniejsze filozofie są bezpieczniejsze dla nerwów.