Requiem dla zakonnicy
Autor: William Faulkner
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1980
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Requiem dla zakonnicy” to osobliwy przypadek „powieści–niedramatu”: Faulkner jakby ostentacyjnie udaje, że pisze sztukę, po czym co chwilę porzuca scenę teatralną na rzecz rozbudowanych, epickich partii prozy o genealogii hrabstwa, sądu, więzienia, całej tej południowej architektury winy. To kontynuacja „Azylu”, ale nie w prostym sensie fabularnym; raczej jak gdyby autor wrócił do własnej bohaterki z wyrzutem sumienia i postanowił dopisać do jej losów rodzaj moralitetu, w którym nie ma nikogo niewinnego, a kara i zbawienie splatają się w niekomfortowy węzeł. Temple Drake, niegdyś ofiara i skandal, jest tu żoną, matką i – co najciekawsze – świadkiem własnej przeszłości, która nie daje się zepchnąć do przypisu.
Nancy, „zakonnica” z tytułu, jest jednocześnie figurą ofiary, grzesznicy i kogoś w rodzaju świeckiej męczennicy, która bierze na siebie ciężar nie tylko własnej winy, ale i tego, czego Temple nie ma odwagi nazwać. Faulkner z uporem godnym teologa rozgrywa motywy grzechu, odpowiedzialności i łaski w przestrzeni głęboko skompromitowanej moralnie: stare Południe, z jego rasowym piekłem, patriarchalnymi układami, fasadowym chrześcijaństwem, staje się tu czymś w rodzaju wielkiego konfesjonału, w którym nikt naprawdę nie chce mówić prawdy. Proces Nancy i jej wyrok to nie tylko dramat jednostkowy, lecz także spektakl społeczny – sąd jako scena, na której próbujemy zamienić moralny chaos w parę prostych paragrafów.
W polskim przekładzie Niepokólczyckiego czuć zmaganie z Faulknerowskim zdaniem – długim, nawiedzonym, niosącym jednocześnie metafizykę i proch z sądowego korytarza. „Requiem dla zakonnicy” nie ma tej „czytelniczej gładkości” co „Kiedy umieram” czy nawet „Światłość w sierpniu”; to książka chropowata, przetykana dygresjami, które wyglądają jak herezje wobec reguł dramaturgii, ale właśnie w tych „zbędnych” partiach odsłania się jej istota. To późny Faulkner: już nie tyle odkrywczy stylistycznie, co uparty w drążeniu jednego problemu – czy w świecie tak głęboko naznaczonym przemocą i kłamstwem akt ofiary może jeszcze znaczyć cokolwiek poza kolejną odsłoną tego samego mechanizmu. Nie jest to więc lektura „przyjemna”, ale dla kogoś, kto zna „Azyl”, jest niemal obowiązkowym dopiskiem – rodzajem spóźnionego rachunku sumienia, wystawionego zarówno bohaterce, jak i czytelnikowi.