Zmierzch natchnienia?
Autor: Jalu Kurek
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1976
Okładka: miękka obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Zmierzch natchnienia? Szkice o poezji” to książka napisana z pozycji praktyka, który przeżuł awangardę od środka i ma już dość zarówno romantycznego mitu poety-wieszcza, jak i nowoczesnego kapłana „czystej formy”. Kurek, rocznik Skamandra i Przybosia, nie pisze tu zresztą traktatu teoretycznego, tylko rodzaj osobistego raportu po kilku dekadach obcowania z wierszem: jak się to w ogóle robi, do czego to jeszcze służy i czy „natchnienie” nie jest przypadkiem ostatnim rekwizytem z lamusa. Tytułowy „zmierzch” nie oznacza lamentu nad końcem poezji, lecz raczej koniec bezkarnego powoływania się na muzę – wiersz ma być rezultatem pracy, czujności językowej, świadomych wyborów, a nie mgławicowych uniesień.
W tych szkicach Kurek bezlitośnie rozprawia się z różnymi świętościami warsztatu: przygląda się metaforze jak zegarmistrz mechanizmowi, tropi „zbrodnie przymiotnika”, upomina się o rytm, który nie jest ozdobnikiem, lecz sposobem myślenia. Jednocześnie broni poezji przed sprowadzeniem jej do „poezji stosowanej” – użytkowej dekoracji życia społecznego, choć sam nie ucieka od pytania o rolę poety w kulturze PRL-u. W tle stale obecne jest napięcie między tradycją a nowatorstwem: autor porusza się „w dorzeczu tradycji”, ale nie po to, by ją czcić, tylko by wykazać, że tradycja jest materiałem do obróbki, a nie relikwią. Na kartach książki co chwila pobrzmiewa doświadczenie przedwojennej awangardy, uzupełnione powojennym sceptycyzmem wobec wszelkich „izmów”.
Dla dzisiejszego czytelnika jest to lektura podwójnie ciekawa: po pierwsze jako podręczna mapa tego, jak myślano o poezji w latach 70., kiedy jeszcze wierzono, że dyskusja o metaforze może być sprawą kulturowo istotną; po drugie – jako zbiór bardzo konkretnych, chwilami wręcz rzemieślniczych uwag o wierszu, które zaskakująco dobrze zniosły próbę czasu. Styl Kurka – aforystyczny, miejscami kąśliwy – ratuje książkę przed akademicką skamieliną. To nie jest teoria literatury dla seminarzystów, tylko gęsta, osobista rozmowa o tym, co właściwie dzieje się między pierwszym impulsem a gotowym wierszem, i czy aby na pewno „natchnienie” jest tu głównym aktorem, a nie tylko wygodną wymówką.