Ballada o Lee Cottonie
Autor: Christopher Wilson
Wydawnictwo: Niebieska Studnia, 2007
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Ballada o Lee Cottonie” to jedna z tych powieści, które wyglądają jak społeczny realizm o amerykańskim Południu, a zachowują się jak literacki kameleon po lekkiej dawce halucynogenu. Wilson zaczyna konwencją dobrze znaną – Mississippi, rok 1950, rasowy apartheid, dziecko „nie do zaklasyfikowania” – ale zamiast kroniki cierpienia dostajemy pastisz, road novel, powieść inicjacyjną i groteskę w jednym. Lee, jasnoskóry syn czarnej Amerykanki i białego Islandczyka, jest tu figurą niemożliwej tożsamości: ani „biały”, ani „czarny”, ani „swój”, ani „obcy”, a z czasem – dzięki fabularnym woltom, których nie wypada tu zdradzać – również wymykający się prostym kategoriom płci. Wilson nie tyle opisuje dyskryminację, ile wywraca ją na lewą stronę, pokazując, jak absurdalne stają się wszelkie granice, gdy bohater jest z definicji nie do ujarzmienia.
W warstwie stylistycznej to książka, w której czuć ucho do rytmu amerykańskiej gawędy: narrator opowiada jak stary bluesman, który przeżył za dużo, by jeszcze wierzyć w patos, ale nie na tyle, by zrezygnować z humoru. Wilson bawi się kliszami literatury Południa – od Faulknerowskich upałów i małych miasteczek po lynch-moby – lecz zamiast posępnej elegii serwuje farsę z podszewką tragedii. Rasizm, przemoc, religijny fanatyzm, mizoginia – wszystko to jest obecne, ale przepuszczone przez ironię tak konsekwentną, że czytelnik w pewnym momencie łapie się na śmiechu tam, gdzie zwykle spodziewałby się łez. Ta mieszanina tonu przypomina, że groteska bywa skuteczniejsza niż moralitet: Wilson nie moralizuje, tylko pozwala światu samemu się ośmieszyć.
Najciekawsza jest jednak konstrukcja samego Lee. To nie „ofiara systemu”, lecz bohater, który wciąż zmienia skórę – dosłownie i metaforycznie – testując kolejne role narzucane przez społeczeństwo. Rasowość, płeć, klasa, orientacja – wszystko okazuje się tu nie tyle „naturą”, ile kostiumem wystawianym na próbę. W tym sensie powieść wyprzedza sporo współczesnych dyskusji o płynności tożsamości: robi to bez teorii, za to z komiksową wręcz wyobraźnią fabularną. „Ballada” jest więc trochę jak stary, zdarty winyl: pozornie to znajomy blues o Południu, ale im dłużej słuchamy, tym bardziej wychodzi na jaw, że ktoś celowo przestroił instrumenty. I właśnie w tym rozstrojeniu – między dramatem a farsą, cielesnością a metaforą – kryje się jej urok.