Świętokradztwo
Autor: Oskar Jan Tauschinski
Wydawnictwo: Biblioteka Telgte, 2008
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Świętokradztwo” Tauschinskiego należy do tego rodzaju prozy, która dziś niemal nie powstaje: krótka, ascetyczna objętościowo, a zarazem obciążona problematyką, z którą zwykle mierzą się opasłe traktaty. Autor sięga po gdańską legendę z XV wieku, ale nie po to, by odświeżyć lokalny folklor, tylko by przeprowadzić zimny eksperyment na pojęciu twórczości. Rzeźbiarz – jak zwykle w takich historiach „zawieszony” między sacrum a warsztatem rzemieślnika – doprowadza ideę realizmu do granicy, za którą nie ma już sztuki, jest tylko zbrodnia. Ukazuje się tu stary, dobry motyw prometejskiej hybris: artysta, który chce wyrwać Bogu monopol na akt stwórczy, ostatecznie potrafi jedynie powtórzyć akt destrukcji.
Warto zauważyć, jak sprytnie skonstruowany jest tu konflikt. Z jednej strony mamy kościelne zamówienie – instytucję, która oczekuje wzniosłego, ale jednak „poprawnego” wizerunku Zbawiciela, zgodnego z ikonografią. Z drugiej – artystę odmawiającego udziału w tej konwencji, który pragnie „prawdziwego” cierpienia, a więc modela i realnego bólu. W tle majaczy cały europejski spór o rolę sztuki religijnej: czy obraz ma prowadzić do kontemplacji czy do szoku, do pobożności czy do poznania. Tauschinski umieszcza to pytanie w konkretnym, półmrocznym Gdańsku późnego średniowiecza, ale problem jest uderzająco nowoczesny: to właściwie spór między estetyką a etyką, między perfekcją formy a nienaruszalnością ludzkiego ciała. W tym sensie „Świętokradztwo” jest równie blisko legend hagiograficznych, co późniejszych rozważań o „sztuce za wszelką cenę”.
Styl Tauschinskiego – przynajmniej w tej mini-powieści – ma w sobie coś z suchości kronikarskiego zapisu, w którym raz po raz przebija niepokój metafizyczny. Nie ma tu barokowego rozpasania, jak u Parandowskiego, ani zmysłowego okrucieństwa, jakie znajdziemy u Escobara czy niektórych symbolistów; raczej szorstka przypowieść, która mogłaby wisieć jako moralitet w bocznej nawie kościoła. Krótka forma działa na korzyść tekstu: nic się nie rozmywa, a finał uderza jak werdykt sądu kościelnego – chłodny, bez pocieszenia. „Sakrileg” / „Świętokradztwo” pozostaje więc jednym z tych drobnych, niszowych utworów, które cicho dopowiadają to, czego wielkie powieści o artyście – od „Portretu Doriana Graya” po Mannowskiego „Doktora Faustusa” – nie miały odwagi powiedzieć wprost: że za obsesję formą płaci się nie duszą w metaforycznym sensie, lecz bardzo realnym ludzkim życiem.