Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
EAN: 8370820131
Wysyłka od: 15.00 PLN

Hadriana moich marzeń
Autor: René Depestre

Wydawnictwo: Amber, 1992
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry

Uwagi: brak

O książce

„Hadriana moich marzeń” to jedna z tych powieści, które z opisu brzmią jak ciekawostka z obrzeży realizmu magicznego, a po lekturze okazują się książką, która podkopuje fundamenty całego gatunku. Depestre bierze schemat niby znajomy: karaibska sceneria, karnawał, voodoo, kolonialne niesprawiedliwości, a następnie rozmontowuje go z rozkoszną bezczelnością. Śmierć Hadriany w chwili wypowiadania sakramentalnego „tak” byłaby u innego autora incydentem z ducha gotyckiego; tutaj staje się początkiem mitu, erotyczno‑funeralnej ballady, w której zombifikacja nie służy do straszenia, lecz do obnażenia polityki ciał – rasowych, kolonialnych, religijnych. Patryck Altamont, narrator, nie jest po prostu świadkiem wydarzeń, ale poetą, który wykorzystuje cudzą śmierć, by przeprowadzić wiwisekcję haitańskiej historii.

Zasługą Depestre’a jest to, że nie zatrzymuje się na ładnej metaforze „Hadriana = Haiti”. On tę metaforę co chwilę kompromituje, obracając powieść w niejednoznaczną grę między pragnieniem a nekrofilią, między wyzwoleniem a kolejną formą zawłaszczenia białego kobiecego ciała przez czarną, postkolonialną wyobraźnię. Erotyzm jest tu nieprzyzwoicie szczery, momentami wręcz ostentacyjny, ale nigdy dekoracyjny – to język, w którym Haiti mówi o sobie, bo innego przez lata mu odmawiano. Voodoo, tak chętnie egzotyzowane na Zachodzie, zostaje odmitologizowane w ciekawy sposób: nie jako „ciemny przesąd”, lecz jako intymna, polityczna technologia pamięci, która potrafi z martwych uczynić figurę oporu. W tym sensie „réel merveilleux” Depestre’a stoi bliżej Carpentiera niż Márqueza – cudowność nie jest ani kaprysem, ani poetycką mgiełką, tylko sposobem uporządkowania świata, gdzie duchy są równie realne jak plantacje trzciny cukrowej i francuska administracja.

Nieprzypadkowy jest także Renaudot – francuska krytyka nagrodziła tu nie egzotyczną pocztówkę, ale tekst, który pod kątem formalnym jest wyjątkowo świadomy: Depestre od lat dyskutował z tradycją surrealizmu, komunizmu, z własnym wygnaniem i to wszystko słychać pod warstwą „historii o pięknej zombi”. Można więc czytać tę książkę jak barwną karaibską legendę, można – jak brutalny traktat o tym, co kolonializm zrobił z pragnieniem, ciałem i językiem. W obu przypadkach lektura kończy się podobnie: uczuciem lekkiego zażenowania własnymi oczekiwaniami wobec „egzotycznej powieści” i podejrzeniem, że to jednak my byliśmy obiektem wiwisekcji.