Miłostki Królewskie
Autor: Rousseau de La Valette
Wydawnictwo: Czytelnik, 1971
Okładka: twarda
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Miłostki królewskie” to dość osobliwy przypadek: XVII‑wieczna francuska literatura dworska, która przybywa do Polski dopiero w latach 70. XX wieku, żeby opowiedzieć nam o… naszym własnym królu w sposób, który z historyczną rzetelnością obcuje jedynie przelotnie. Rousseau de La Valette traktuje Jana Kazimierza jak wdzięczny pretekst, nie jak bohatera biografii. Pod pozorem „historii polskiego monarchy” dostajemy raczej fantazję o egzotycznym, pół‑barokowym dworze gdzieś na odległych kresach Europy – fantazję podszytą ówczesnym gustem na romanse, zazdrości, pojedynki i łóżkowe dyplomacje. Dla czytelnika polskiego jest w tym urok podwójny: oglądamy własną historię w zwierciadle francuskich stereotypów z końca XVII wieku.
Konstrukcja powieści jest typowa dla literatury salonowej: centrum nie stanowią sejmy, wojny i traktaty, ale serca i sypialnie – królowej, faworyt, magnatek, ich małżonków i przybocznych. Historia funkcjonuje tu jak dekoracja teatralna: nazwiska, tytuły, kilka rozpoznawalnych epizodów, a na pierwszym planie psychologiczny teatr uczuć, często przerysowanych, ale właśnie dzięki temu tak barokowo efektownych. Tam, gdzie historyk uniósłby brew, czytelnik prozy dworskiej znajduje swoją przyjemność: w misternie knutych intrygach, scenach wyznań, drobnych okrucieństwach próżności. Jan Kazimierz – ten realny, zmęczony potopem, konfederacjami i abdykacją – zostaje przechrzczony na figurę romansu: króla bardziej z powieści Hueta i Madeleine de Scudéry niż z podręczników dziejów Rzeczypospolitej.
Wydanie „Czytelnika” z 1971 roku dodaje do tego wszystkiego jeszcze jeden poziom ironii: powieść, która kiedyś była lekką, może nieco plotkarską lekturą, wraca po trzech stuleciach w szatach poważnej edycji, z redakcją historyczną Adama Kerstena, starannym przekładem Joanny Olkiewicz i elegancką oprawą graficzną. Badacz znajdzie tu ciekawy dokument francuskiej wyobraźni o Polsce – jak patrzono na „króla z północy” w czasach Ludwika XIV, co uważano za prawdopodobne na barbarzyńskim, acz intrygującym dworze w Warszawie. Czytelnik literatury znajdzie natomiast przyzwoicie napisaną, chwilami przesadnie dramatyczną, ale smakowitą powieść dworską, która mówi więcej o epoce, w której powstała, niż o królu, którego ma w tytule. I to właśnie jest jej największa zaleta.