Łeb Hydry
Autor: Carlos Fuentes
Wydawnictwo: Czytelnik, 1994
Okładka: twarda
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Łeb hydry” to ten moment w twórczości Fuentesa, kiedy autor „Śmierci Artemia Cruz” odkłada na bok rodzinne labirynty i mitologiczne szkatułki, a sięga po narzędzia thrillera politycznego – ale, rzecz jasna, używa ich po swojemu. Punkt wyjścia jest niemal klasycznie sensacyjny: gra wywiadów, ropa jako współczesne złoto, CIA, KGB, Bliski Wschód, Meksyk wplątany w globalną rozgrywkę. Jednak sensacja jest tu bardziej instrumentem niż celem – Fuentes wciąga czytelnika w fabułę przypominającą powieść szpiegowską, by za chwilę podciąć jej konwencję i pokazać, że naprawdę chodzi o władzę, strach i moralne rozkłady, w które wpisane jest całe państwo.
Tytułowa hydra to nie tylko mitologiczny potwór czy metafora wielogłowego systemu służb specjalnych – to obraz nowoczesnego zła, które odrasta szybciej, niż bohater zdąży je nazwać. Protagonista, uwikłany w sieć intryg, jest tu czymś pośrednim między szpiegiem a współczesnym Józefem K.: działa, błądzi, próbuje zrozumieć, ale im więcej wie, tym mniej jasne stają się intencje jego mocodawców. Fuentes wykorzystuje dynamikę pościgów i konspiracji, by zadawać pytania o odpowiedzialność jednostki karmionej półprawdami, o to, jak wiele zła można usprawiedliwić „racją stanu” i czy w epoce geopolitycznej hydry w ogóle istnieje jeszcze niewinność. To nie jest lektura dla miłośników czystej, gatunkowej adrenaliny; napięcie służy tu przede wszystkim demaskowaniu mechanizmów.
Na tle innych książek Fuentesa „Łeb hydry” bywa traktowany jako jego flirt z formą popularną, ale jest to flirt z premedytacją: autor, korzystając z konwencji thrillera, pokazuje, że globalny porządek (ropa, służby, wojny zastępcze) jest tylko kolejną odsłoną tego samego, dobrze mu znanego tematu – strukturalnej przemocy wpisanej w nowoczesność. Proza pozostaje gęsta, intelektualna, chwilami wręcz demonstracyjnie anty-Hollywoodzka, mimo całego arsenału pościgów i spisków. W polskim wydaniu „Nike” książka wypada też ciekawie jako dokument czasu: przekład z początku lat 90., kiedy zimnowojenna wyobraźnia była jeszcze świeża, a jednocześnie już anachroniczna, tworzy dodatkową warstwę lektury – czytamy nie tylko Fuentesa o tajnych służbach, ale i echo epoki, która wierzyła, że po upadku muru hydra wreszcie straci kilka głów. Fuentes dyskretnie sugeruje, że przeciwnie: nauczy się po prostu mówić nowymi językami.