Ruiny
Autor: Scott Smith
Wydawnictwo: Albatros, 2008
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Ruiny” Smitha to jedna z tych powieści grozy, które pozornie obiecują „zwykły” wakacyjny horror, po czym dość szybko odmawiają czytelnikowi komfortu bezpiecznej konwencji. Amerykańskie pary, turystyczny Meksyk, egzotyczna eskapada w głąb dżungli – to rekwizyty, które kojarzą się raczej z folderem biura podróży niż z literaturą grozy. Smith świadomie korzysta z tego banału, żeby tym mocniej „zatrzasnąć drzwi”, gdy bohaterowie docierają na wzgórze porośnięte tytułową roślinnością. W przeciwieństwie do klasycznego horroru przygodowego nie ma tu właściwie żadnej obietnicy wybawienia: ruiny są labiryntem bez wyjścia, a cywilizacja – zbrojny kordon Majów – zamiast ratować, staje się częścią pułapki.
Najciekawsze jest chyba to, że głównym potworem nie jest tu wcale nadnaturalna winorośl, lecz stopniowe rozpadanie się człowieczeństwa w warunkach oblężenia. Smith jest daleki od heroizmu w stylu „Resident Evil”; jego bohaterowie są psychologicznie mało efektowni, wręcz przyziemni, z tą typową dla młodych dorosłych mieszaniną egoizmu, bierności i pozornej zaradności. Gdy zaczyna się groza, nie rodzą się w nich herosi, lecz narasta irytacja, lęk, drobne podłości i tchórzostwo – i właśnie w tym leży siła książki. Roślina, która potrafi imitować dźwięki, wdzierać się w ciało i manipulować percepcją, pełni funkcję katalizatora: przyspiesza proces psychicznej erozji, trochę jak Kingowski „Mgła”, ale pozbawiona metafizycznych komentarzy. „Ruiny” są okrutnie przyziemne – wszystko, co się dzieje, jest albo fizjologią, albo strachem.
Styl Smitha jest zaskakująco oszczędny jak na współczesny horror – bliższy thrillerowi survivalowemu niż barokowej prozie grozy. Długie, klaustrofobiczne sceny, powtarzalność czynności, powolne zużywanie zasobów – to narracyjne odpowiedniki wysychania wody w kanistrach. W ten sposób powieść staje się nie tyle historią o „złej roślinie”, ile studium impasu: co się dzieje, kiedy naprawdę nie ma dobrego wyjścia, a jedyne decyzje dotyczą tempa i formy upadku. Można ją czytać jako bardzo brutalną przypowieść o turystycznej arogancji, ale też jako eksperyment: ile prawdziwego horroru da się wydobyć z sytuacji, w której większość z nas zachowałaby się dokładnie tak samo źle jak bohaterowie. Smith, niestety dla naszego samopoczucia, sugeruje, że całkiem sporo.