Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni i inne opowiadania grozy
Autor: Jarosław Możdżioch
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2007
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
Jarosław Możdżioch w tym tomie zachowuje się trochę jak gospodarz taniego, ale bardzo osobliwego wesołego miasteczka grozy: bilety są niewygórowane, konstrukcje nie zawsze przechodzą przegląd techniczny, lecz co jakiś czas trafia się karuzela, która naprawdę potrafi żołądek podjechać do gardła. „Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni i inne opowiadania grozy” to nie jest antologia równa, misternie skomponowana – raczej roboczy warsztat, w którym autor próbuje różnych odcieni horroru: od miejskiej makabreski przez weird fiction po groteskę podszytą krwią. Ta nierówność, tak chętnie wypominana w recenzjach, bywa tu wręcz pouczająca: dokładnie widać, gdzie Możdżioch czuje się pewnie, a gdzie wchodzi w gatunek jeszcze „na palcach”.
Najlepiej wypada tam, gdzie odpuszcza sobie dydaktykę i psychologizowanie, a pozwala, by koszmar wyrósł z prozaicznej codzienności. „Pralnia”, „Rattus Urbanus”, „Medeya” czy wreszcie tytułowy „Chłopiec…” mają w sobie ten rzadki, Barkerowski nerw – nie chodzi o naśladownictwo, tylko o podobne upodobanie do cielesności, brudu, lepkości, połączone z całkowitym brakiem komfortowej moralnej podszewki. Brak wyraźnego podziału na „dobrych” i „złych” nie jest tu manifestem, lecz konsekwencją przyjętej perspektywy: świat, w którym los pracuje jak ślepy mechanizm, to bardzo polska odmiana grozy – jakby Kinga wpuścić w realia postsocjalistycznego bezhołowia, zabierając mu jednak jego ciepły sentymentalizm. Najwyrazistsze teksty pokazują autora, który rozumie, że horror nie potrzebuje sprawiedliwości, wystarczy mu konsekwencja.
Reszta tomu, mówiąc oględnie, zdradza, że mamy do czynienia z twórcą w fazie wykuwania własnego głosu. Są tu opowiadania, które czyta się jak ćwiczenia stylistyczne – pomysły przyzwoite, ale zbyt długo prowadzone, z finałami przewidywalnymi albo zbyt „literacko” domkniętymi, jakby autor zbyt wierzył w obowiązek „puenty”. Stąd przeciętna nota w serwisach czytelniczych: to książka, którą łatwo zbyć wzruszeniem ramion, jeśli szuka się jedynie „mocnej jazdy non stop”. A jednak dla kogoś, kto lubi oglądać, jak kształtuje się warsztat grozy na naszym, nieco zbyt skąpym rynku, ten tom jest ciekawym dokumentem: wśród tekstów ewidentnie słabszych wyraźnie błyszczą takie, które pokazują potencjał na pełnoprawnego, bez kompleksów wobec Zachodu, autora horroru. To nie jest „konieczność” w bibliotece fana gatunku, ale to z tych właśnie książek później robi się przypisy: „zob. wczesne opowiadania Możdżiocha…”.