Dzień na plaży. Ryba
Autor: Heere Heeresma
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1972
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Dzień na plaży. Ryba” to jeden z tych niepozornych tomików PIW‑owskiej „Prozy Współczesnej Światowej”, które wyglądały na literacką drobnicę, a w rzeczywistości przemycały najciemniejsze rejestry powojennej wrażliwości. Dwie nowele Heeresmy układają się w swoisty dyptyk o człowieku, który niby funkcjonuje w zwykłej, codziennej scenerii – plaża, morze, miasto, ludzie – ale wewnętrznie dawno już wypadł z obiegu. „Dzień na plaży” wykorzystuje rozczulająco banalny pomysł: ojciec zabiera córeczkę na wycieczkę nad morze. W rękach przeciętnego pisarza byłaby to obyczajowa pocztówka z nutą melancholii; u Heeresmy staje się chirurgicznym obrazem alkoholowego upadku, który rozgrywa się spokojnie, niemal bez emfazy, właśnie przez to tak nieznośnie przejmująco.
Heeresma nie interesuje się „problemem alkoholizmu” jako hasłem z ulotki przychodni, tylko jako mechanizmem rozkładu uczuć, odpowiedzialności i wstydu. Bernard, ojciec z „Dnia na plaży”, jest jednocześnie żałosny i niebezpieczny, zdolny do czułości i do całkowitej dezercji; czytelnik jest w nieprzyjemny sposób zmuszony krążyć między współczuciem a obrzydzeniem. Druga nowela, „Ryba”, przenosi ten sam rodzaj spojrzenia na szerszy obszar ludzkich słabości i psychicznych zadrapań. Nie chodzi już o pojedynczy dramat rodzinny, ale o całą galerię postaci, które próbują jakoś podejść własną kruchość: wyprzeć ją humorem, zagadać, zapić, przebrać w ideologię. Tytułowa „ryba” jest tu raczej symbolem niż rekwizytem – obcego, wyjętego ze swojego żywiołu istnienia, które nerwowo szarpie się na suchym lądzie ludzkich konwenansów.
W tym wszystkim najbardziej uderza sposób pisania: trzeźwy, pozornie prosty, bez ozdobników – Heeresma nie potrzebuje stylistycznych fajerwerków, wystarczy mu konsekwentne, lodowate rejestrowanie faktów, gestów, drobnych kompromitacji bohaterów. Maria Kurecka oddaje ten ton po polsku z godną podziwu powściągliwością: nie wygładza brzydoty, ale też jej nie eksponuje – tłumaczenie gra na tej samej, lekko ironicznej, a zarazem współczującej nucie. Na tle ówczesnych przekładów prozy zachodniej tomik ma dodatkowe znaczenie: pokazuje Holandię nie jako pocztówkowy kraj kanałów i tulipanów, lecz jako przestrzeń równie duszną i moralnie rozchwianą, co każde inne powojenne społeczeństwo. To niewielka książka, ale z tych, które po zamknięciu zostawiają w czytelniku coś na kształt zimnego osadu – nie efekt taniej sensacji, lecz świadomość, że to wszystko dzieje się dokładnie „obok”, a często „u siebie”.