Watt
Autor: Samuel Beckett
Wydawnictwo: Pomorze, 1993
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Watt” to ta część Becketta, którą zwykle omija się w pośpiesznych szkicach o „Czekając na Godota” i „Molloyu”, a szkoda – bo tu widać laboratorium jego późniejszej ascezy. Powieść wygląda jak notatnik szalejącego logika zmuszonego do mieszkania w konwencji powieści realistycznej. Historia służącego przybywającego do domu pana Knotta jest pretekstem do metodycznego rozmontowywania wszystkiego, co zwykle w prozie przyjmujemy na wiarę: spójności czasu, stabilności „ja”, sensowności opisów. Narrator „Sam” niby coś rekonstruuje, ale jego rekonstrukcja coraz bardziej przypomina archiwum uszkodzonych protokołów niż opowieść.
Beckett w „Wattcie” wykonuje rzadkie w literaturze doświadczenie: sprawdza, co się stanie, jeśli potraktujemy język z całą powagą maszyny rachunkowej i z całkowitym brakiem zaufania do jego zdolności „wyrażania” czegokolwiek. Powtórzenia, katalogi wariantów, quasi-logiczne wyliczenia prowadzą tu do efektu podobnego do obracania jednego słowa na języku tak długo, aż przestaje znaczyć cokolwiek rozpoznawalnego. Absurd nie wynika z fantazji, lecz z pedantycznej konsekwencji – to logika doprowadzona do stadium autodestrukcji. Jeśli w późniejszych tekstach Beckett od razu mówi jak asceta, to w „Wattcie” widzimy jeszcze drogę: jak klasyczna powieść, poddana torturze nad-analitycznego umysłu, sama rozpada się w bełkot i milczenie.
Polskie wydanie z 1993 roku ma znaczenie niemal inicjacyjne: oto Beckett w swojej najtrudniejszej, językowo najbardziej „zadziornej” postaci zderza się z polszczyzną. Kędzierski musiał przełożyć nie tyle fabułę, ile procedury językowe – kalambury, powtórzenia, rytm sztucznie napompowanych zdań – i w dużej mierze przekłada właśnie metodę, nie tylko treść. Dzięki temu „Watt” po polsku pozostaje nie tyle „dziwną powieścią”, ile doświadczeniem czytelniczym: albo się ją odrzuca po kilkunastu stronach jako uporczywy żart, albo traktuje jak podręcznik rozbrajania znaczeń, który uczy, że narracja, psychologia i „głębia” to tylko dobrze naoliwione urządzenia, działające tak długo, jak długo nie przyjrzymy się im za blisko. Tu Beckett zaprasza właśnie do tego niebezpiecznie bliskiego przyjrzenia się.