W labiryncie scjentologii
Autor: Norbert Potthoff
Wydawnictwo: Videograf II, 2001
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„W labiryncie scjentologii” to jedna z tych książek, które czyta się jak thriller psychologiczny, choć niestety materiałem wyjściowym jest życie autora, a nie fantazja prozaika. Potthoff opisuje swoje siedem lat w strukturach scjentologów nie jak rozżalony dezerter, lecz jak ktoś, kto próbuje zrozumieć własną podatność na uwiedzenie: proces rekrutacji, kolejne „kursy”, awanse w hierarchii, aż po mozolne – i kosztowne – wydostawanie się z organizacji. Co najcenniejsze, nie zatrzymuje się na anegdocie; z poszczególnych epizodów wyłania się dość chłodny, niemal laboratoryjny obraz mechaniki sekty: od pierwszego „testu osobowości” po całkowite podporządkowanie czasu, portfela i relacji rodzinnych.
Książka należy do tego szczególnego gatunku świadectw byłych wyznawców, który w latach 90. i na początku XXI wieku próbował demaskować „nowe ruchy religijne” – obok klasycznych już relacji z innych głośnych ruchów parareligijnych i kultów. Na tle wielu sensacyjnych opowieści Potthoff wyróżnia się tym, że mniej interesuje go barwna egzotyka scjentologicznego żargonu, bardziej natomiast socjotechnika: auditing jako forma kontrolowanego spowiednika, kursy samodoskonalenia jako narzędzie dyscyplinowania, wewnętrzne regulaminy jako delikatnie nasmarowana maszyna do produkowania posłusznych kadr. Czytelnik szybko orientuje się, że obietnica „duchowego rozwoju” jest tu jedynie elegancko opakowanym kontraktem na rezygnację z autonomii.
Nie jest to lektura odkrywcza dla badaczy ruchów parareligijnych, ale dla czytelnika popularnego – owszem, bywa otrzeźwiająca. Potthoff z pewną surową prozą – bez literackich fajerwerków, za to z uporczywą dokładnością – rekonstruuje, jak działa mechanizm stopniowego przesuwania granic: co jeszcze wydaje się „tylko kursem”, a co już jest systemem kontroli. W polskim kontekście, gdzie scjentologia nigdy nie zyskała masowej skali, książka ma wartość przede wszystkim ostrzegawczą i edukacyjną: pokazuje, że „labirynt” nie zaczyna się od mrocznych rytuałów, lecz od całkiem niewinnej obietnicy, że dzięki paru ćwiczeniom staniemy się „lepszą wersją siebie”.