Kłopoty z innością
Autor: Marian Bielecki
Wydawnictwo: Universitas, 2012
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Kłopoty z innością” to książka, którą można czytać jak późny przypis do całego zwrotu poststrukturalnego w polskim literaturoznawstwie – tyle że napisany po polsku naprawdę dobrze, bez tego charakterystycznego uczelnianego bełkotu, który zwykle towarzyszy słowom „queer”, „abiekt” czy „kamp”. Bielecki bierze na warsztat figurę inności nie jako kolejną modną etykietę, lecz jako narzędzie, którym rozkręca się śrubki w dobrze naoliwionej maszynerii „normalności”: akademickiej, narodowej, estetycznej. W tle słychać dobrze znane głosy – Kristeva, Barthes, Butler – ale autor nie zachowuje się jak sumienny tłumacz teorii Zachodu na polskie realia; raczej rozgrywa je na przykładach z naszego własnego literackiego podwórka.
Najmocniejsze partie tomu to te, w których Bielecki podchodzi do klasyków: Gombrowicz, Białoszewski, Jeleński, a dalej Witkowski. Nie interesuje go jednak kolekcjonowanie „inności” w muzeum osobliwości, tylko pokazanie, jak owa inność działa w tekście jak niewygodny, ale konieczny kamień w bucie – przeszkadza, ale zmusza do zmiany chodu. Gombrowicz w Argentynie nie jest tu egzotycznym epizodem biograficznym, lecz laboratorium cudzoziemskości; Białoszewski ze swoją „mową byle jaką” staje się przykładem pisania wyłamującego się z gramatyki obywatelskiej i literackiej poprawności; kamp nie jest dekoracyjną kategorią popkulturową, tylko sposobem rozmiękczania powagi narodowego stylu wysokiego. Bielecki uparcie tropi momenty, w których tekst „nie pasuje” – do kanonu, do normy, do obowiązującej wersji polskości – i właśnie ten brak dopasowania czyni centralnym.
Wartością tej książki jest również to, że nie ucieka w czysto teoretyczną elegancję. „Inność” nie zostaje tu unieszkodliwiona jako abstrakcyjny termin, ale pozostaje kłopotem – czymś, co przeszkadza wygodnie czytać, wygodnie klasyfikować, wygodnie nauczać. Struktura tomu („Inność”, „Kamp”, „Inne pisania”, „Inne czytania”) nie jest więc katalogiem, lecz propozycją strategii: jak czytać tak, by nie wyrównywać wszystkiego do miary centrum. Dla kogoś oswojonego z teorią będzie to raczej precyzyjny instrument niż objawienie; dla badaczy polskiej literatury – pożyteczny katalizator, który pozwala zobaczyć dobrze znane teksty jako przejawy niezgody na kulturową oczywistość. To jedna z tych książek, które nie tyle „mówią o inności”, ile dyskretnie uczą, jak przestać traktować normalność jako punkt wyjścia.