Dzieci kazuara
Autor: Wojciech Bęben
Wydawnictwo: Archidiecezji Lubelskiej Gaudium, 2006
Okładka: twarda
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Dzieci kazuara” to jeden z tych osobliwych tomów, które w księgarni łatwo przeoczyć – oprawa skromna, wydawnictwo kościelne, tytuł enigmatyczny – a jednak w środku kryje się materiał, którego nie powstydziłby się porządny instytut antropologii. Bęben, z wykształcenia etnolog, z powołania misjonarz, robi rzecz, o której na wykładach mówi się często, ale w praktyce rzadko się ją widuje: nie udaje, że może rozdzielić własną rolę religijną od roli badacza. Kapłańska sutanna nie jest tu przeszkodą metodologiczną, lecz wręcz przeciwnie – przepustką do świata dzieci, rodzin, codziennych rytuałów Papui-Nowej Gwinei, w który zewnętrzny, „neutralny” antropolog tak łatwo by nie wszedł.
Bęben patrzy przede wszystkim na dzieci – te tytułowe „dzieci kazuara” – ale nie w duchu sentymentalnej pocztówki z egzotyki. Interesuje go, jak kształtuje się człowiek w kulturze, która ani nie aspiruje do zachodniej nowoczesności, ani nie jest już „czystym” tradycyjnym plemieniem z etnograficznych albumów. W tle stale obecne są kwestie prawa zwyczajowego, lokalnej moralności, wyobrażeń religijnych; na pierwszym planie – praktyka: wychowanie, przemoc, zabawa, praca, choroba, inicjacje. Misjonarz-antropolog nie tylko notuje różnice, ale też to, co dla Europejczyka bywa trudne do przyjęcia: że chrześcijańskie kategorie dobra i zła nie zawsze pokrywają się z tubylczym poczuciem „właściwego” postępowania. Z tej różnicy rodzi się nie tyle konflikt, ile napięcie, które autor konsekwentnie dokumentuje zamiast je retuszować.
Na tle licznych „reportaży z misji” pisanych ku pokrzepieniu serc książka Bębna jest podejrzanie poważna i właśnie dlatego cenna. Nie mamy tu triumfalistycznej opowieści o „cywilizowaniu dzikich”, lecz skrupulatny zapis współistnienia dwóch porządków – teologicznego i kulturowego. Język pozostaje komunikatywny, chwilami nadzwyczaj plastyczny, ale w naddatku zawsze kryje się aparat pojęciowy zawodowego etnografa; widać, że autor pisze tak, by dało się go czytać zarówno w seminarium misjologicznym, jak i na zajęciach z antropologii dzieciństwa. „Dzieci kazuara” to więc nie tylko lektura dla tych, którzy lubią egzotyczne scenerie, lecz także – a może przede wszystkim – dla czytelnika ciekawskiego, gotowego przyjąć do wiadomości, że dziecko w Papui nie jest metaforą „niewinności”, lecz konkretną osobą w gęstej sieci powinności, wierzeń i lęków, których nie da się sprowadzić do europejskich klisz.