Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
Wysyłka od: 15.00 PLN

Ludzie i Świątki
Autor: Jan Baranowicz

Wydawnictwo: Czytelnik, 1959
Okładka: miękka  z obwolutą
Stan: dobry

Uwagi: brak

O książce

„Ludzie i świątki” to książka z tej półki, którą dzisiejszy rynek książki omija szerokim łukiem: wieś, święte figurki, obyczajowość.
A jednak Baranowicz nie pisze cepeliady. To proza zanurzona w konkretnym krajobrazie – z jego kapliczkami, przydrożnymi krzyżami, figurkami świętych (tymi „świątkami”) – ale tak naprawdę chodzi o ludzi krążących wokół tych małych ołtarzyków codzienności. Tytuł jest zresztą kluczem: między człowiekiem a „świątkiem” toczy się cicha wymiana – próby targu z Bogiem, potrzeba symbolu, a jednocześnie bardzo przyziemne interesy, zawiści, lęki i małe heroizmy.

Baranowicz ma ucho do mowy wiejskiej, ale nie robi z niej maskarady. Dialog jest u niego raczej narzędziem demaskowania niż folklorystyczną dekoracją. Z drobnych zdarzeń – sporów o granice pola, drobnych katastrof rodzinnych, śmierci, chorób, codziennych upokorzeń – składa coś w rodzaju prowincjonalnej „komedii ludzkiej”, tylko pisanej w miniaturze. Moralność nie spada tu z katedry; rodzi się w kuchni, przy studni, pod kapliczką. Nie ma wielkich antytez: dobro i zło mieszają się jak błoto z kałuży po deszczu – i to jest może najcenniejsze, bo wolne od dydaktycznego tonu tak częstego w ówczesnej prozie „chłopskiej”.

Rok 1959 sytuował tę książkę w momencie, kiedy wieś w literaturze polskiej stawała się polem ideologicznych porządków. Baranowicz, choć żyje w tym samym czasie co socrealistyczne eksperymenty, zachowuje podejrzanie „niepostępowy” sceptycyzm wobec wszelkich wielkich narracji: jego bohaterowie są przede wszystkim sobą, dopiero potem „ludem pracującym”. W tle wyczuwa się oczywiście przemiany społeczne, ale na pierwszym planie stoi to, co trwa: relacja człowieka z miejscem, z pamięcią, z tym drobnym, drewnianym „świątkiem”, który przeżyje niejedną reformę. Dla czytelnika przyzwyczajonego do monumentalnych chłopskich sag Reymonta to będzie lektura bardziej kameralna, ale przez to boleśniejsza – jakby ktoś rozłożył „Chłopów” na pojedyncze, ciche epizody i kazał przy każdym dłużej postać.