Siewca Wiatru
Autor: Maja Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Siewca Wiatru” to ta rzadkiego typu powieść fantasy, która nie tyle „wykorzystuje” angelologię, ile po prostu się w niej urządza na stałe. Kossakowska bierze tradycyjny rekwizytarz chrześcijańskiej ikonografii – archaniołów, chóry, Trony, cherubinów – po czym robi z nimi coś, na co teologom zwykle brak odwagi: traktuje ich jak pełnoprawne postacie literackie, a nie symbole. Niebo nie jest tu wydestylowaną krainą metafor, tylko dość skomplikowanym organizmem politycznym, który musi sobie radzić z najbardziej prozaicznym kłopotem: władca zniknął, instytucje zostały. „Pan odszedł” brzmi u Kossakowskiej nie jak metafizyka, lecz jak sytuacja z protokołu kryzysowego.
Największą siłą tej książki jest sposób, w jaki autorka antropologizuje anioły, nie sprowadzając ich przy tym do „ludzi z piórami”. Archaniołowie – od nieco złocistego, ale już mocno pokruszonego Gabriela po spektakularnie nieortodoksyjnego Daimona Freya – noszą w sobie wielowiekową pamięć, pychę, traumę i poczucie misji. Są śmiertelnie poważni w sprawach boskiego porządku, a jednocześnie śmieszni w swoim przywiązaniu do hierarchii i rytuałów. Autorka konsekwentnie podgryza patos: tam, gdzie inny pisarz postawiłby monumentalny fresk, ona wstawia drobną ironię, nerwowy gest, odpyskującego anioła stróża. Zderzenie wysokiej mitologii z dość przyziemnymi emocjami bohaterów daje coś na kształt „niebiańskiej powieści obyczajowej”, tylko że stawką nie jest tu remont mieszkania, lecz struktura stworzenia.
W tle fabuły o Antykreatorze – figurze samozagłady, pragnienia cofnięcia całego projektu pod tytułem „istnienie” – kryje się rozważanie bardzo mało efekciarskie, za to dość bezlitosne: co zostaje z religii, gdy nieobecność Boga trwa za długo, by dało się ją nazwać próbą wiary? „Siewca Wiatru” czytany na poważnie jest książką o zarządzaniu nieobecnością i o tym, jak instytucje (tu: anielskie zastępy) zaczynają bronić samych siebie, a nie pierwotnej idei. Na tle ówczesnej polskiej fantastyki – wciąż mocno zanurzonej w tolkienowskich kalkach – Kossakowska robi coś znacznie ciekawszego: przepisuje rodzimy kod religijny na język fantastyki bez nabożności i bez bluźnierczego efekciarstwa, co jest znacznie trudniejsze niż obie te drogi razem wzięte.