Jesień patriarch
Autor: Gabriel García Márquez
Wydawnictwo: Czytelnik, 1980
Okładka: miekka twarda z obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Jesień patriarchy” to ta książka Márqueza, którą wielu deklaruje, że „zaczęło”, ale już niekoniecznie, że „przeczytało”. I to nie z braku dobrej woli, lecz dlatego, że autor konsekwentnie demoluje nawyki lekturowe – fabuła niby jest prosta: oto stary dyktator w fikcyjnym karaibskim kraju dogorywa w pałacu, a świat wokół niego rozpada się na kawałki. Ale Márquez nie opowiada tego „po kolei”. Czas się rozlewa, biografia tyrana zmienia się z akapitu na akapit, a cała powieść przypomina raczej potężny, hipnotyczny monolog zbiorowej pamięci niż klasyczną narrację polityczną. Mamy tu jednocześnie kronikę, legendę, plotkę z targu i spowiedź kata – wszystkie te rejestry wciskane w jedno, rozciągnięte zdanie.
To, co w „Stu latach samotności” było jeszcze w miarę łaskawe dla czytelnika – klarowne epizody, silny ród, który spina narrację – tutaj zostaje rozpuszczone w gęstej, dusznej prozie. Patriarcha jest każdym i żadnym: trochę Trujillo, trochę Gómez, trochę Franco, a trochę po prostu uosobienie tego, co Ameryka Łacińska zna aż za dobrze – caudillo, który trwa poza logiką biologii, historii i przyzwoitości. Márquez pokazuje dyktaturę nie jako serię wydarzeń politycznych, lecz jako stan klimatyczny: wilgoć, smród, bezczas, nieustanne kłamstwo, które z czasem staje się jedynym możliwym językiem. Groteska jest tu skrajna, miejscami wręcz sadystycznie rozwijana, ale nigdy nie przechodzi w farsę; zawsze pod spodem czuje się realny ból krajów, które żyły w cieniu takich „patriarchów”.
Pod względem formalnym to chyba najbardziej bezkompromisowy eksperyment Márqueza – powieść, która wymaga, by czytelnik poddał się jej rytmowi, zamiast domagać się „co, kto, kiedy i dlaczego”. Za tę cenę dostaje się jedno z najciekawszych literackich studiów władzy absolutnej: nie władzy jako systemu, lecz jako choroby czasu i języka. W polskim kontekście pierwsze wydanie z 1980 roku musiało brzmieć jak dość czytelna aluzja, choć opowieść o tropikalnym dyktatorze była wygodnie odległa geograficznie. Dzisiejszy czytelnik, po całym stuleciu mniejszych i większych „ojców narodu”, może w tym tekście znaleźć nie tyle egzotyczną przypowieść z Karaibów, co niepokojąco aktualny atlas mechanizmów, dzięki którym każda władza, jeśli się ją zostawi w spokoju, prędzej czy później zamienia się w jesień patriarchy.